poniedziałek, 28 lutego 2011

Tłumaczenie artykułu Back From Boot Camp: How Brutal Can a Spa Be?

 

,,Ktoś w końcu stworzył dający w tyłek SPA, spartański jak Aszram, ale z pięknymi osobnymi pokojami i wyśmienitym wegańskim jedzeniem.” – zadzwoniła do mnie latem z wielkim entuzjazmem moja najdroższa przyjaciółka. Ja byłam sceptyczna; to nie było coś, o co się modliłam. Oczywiście słyszałam historie tych, którzy przetrwali w Aszramie, bezlitosnym detoksie, mającym na celu wzmocnienie kondycji fizycznej odosobnieniu w Calabassas w Kalifornii. Opowiadali o niezwykłej utracie wagi i momentach transcendentalnej klarowności, ale ja nigdy nie chciałam spędzić czasu z dala od moich dzieci, zmuszana do wszystkiego (przymusowe zajęcia i wspinaczki górskie) oraz głodzona (ściśle egzekwowane 1200 kalorii na dobę). ,,Oni przyślą ci 30-dniowy pakiet przygotowawczy, który pomaga uniezależnić się od kofeiny, cukru i alkoholu oraz zacząć rutynowe ćwiczenia i jogę." - kontynuowała moja przyjaciółka - ,,Wiesz, mogłybyśmy zebrać fajną grupę kobiet, żeby przejść przez to razem".

No i to przeważyło. Mam trzy siostry i wspaniałe przyjaciółki, z którymi nigdy nie udaje mi się spędzić dość czasu, tak więc zgodziłam się, że naszym noworocznym postanowieniem będzie wejście na ścieżkę do lepszego zdrowia, i że zaczniemy od podróży do nowego i ulepszonego Aszramu - Ranch at Live Oak - pod koniec stycznia.

Przyznam, że w drodze do Los Angeles byłam pełna niepokoju. Pomimo moich najlepszych chęci, nie przestrzegałam planu zbyt starannie. Zrezygnowałam z kofeiny, ale nie zrobiłam 80 skłonów i 80 pompek w zeszłym tygodniu. Zastanawiałam się, na co ja się zapisałam? Bez BlackBerry, bez możliwości rezygnacji i bez możliwości otrzymania dodatkowych porcji jedzenia.

Kiedy przyjechałyśmy, zgromadzone przy kominku w wielkiej sali, wysłuchałyśmy przewodników, którzy wyjaśnili nam w łagodny, ale stanowczy sposób, że będą nam rozkazywać w ciągu nadchodzących dni.

Budzili nas codziennie o 5:30 rano, pukając w drzwi naszego domku. Dzień zaczynał się godziną jogi, po czym szłyśmy na śniadanie do domu Ranchu (skromniutkie, ale smaczne), przed wyruszeniem na żmudne wspinaczki, trwające od 4 do 6 godzin. W połowie każdej wyprawy dostawałyśmy szczyptę różowej soli himalajskiej i 4 migdały – och, jaka radość – jednego dnia dostałyśmy jabłko!

Podczas pobytu na Ranchu, nasze organizmy ulegały detoksykacji dzięki ściśle wegańskiej bezglutenowej diecie. Piłyśmy ponad 100 uncji wody dziennie, żeby nawodnić organizm i wypłukać toksyny. Nie było to wcale przyjemne. Byłam na antybiotykach z powodu infekcji oskrzeli i zostałam ostrzeżona, że mogę się rozchorować. I tak się stało. Znałam z opowiadań o Aszramie tzw. „Toksyczne Wtorki”, tak nazywano dzień, w którym detoksykacja zaczynała działać i ludzie zaczynali cierpieć na bóle głowy i nudności z powodu braku kofeiny i sztucznych słodzików dodawanych do napojów dietetycznych. Okazało się, że mój toksyczny dzień nastał już w poniedziałek. Po 5 godzinnej wspinaczce, zaczęło kręcić mi się w głowie, a trochę dalej w dół ścieżki zwymiotowałam, mając pod stopami niezwykły widok: góry Santa Monica schodzące do Pacyfiku.

W jakimś sensie była to metafora tego tygodnia: ból na tle piękna. Po wspinaczkach, które zawsze zawierały zapierające dech w piersiach malownicze sceny oraz wyczerpujące wspinanie się, miałyśmy uroczysty lunch (malutki, najczęściej tylko miska zupy) w przepięknym miejscu. Pewnego dnia, kiedy siedziałyśmy przy piknikowym stole na plaży i oparłyśmy stopy na piasku, tuż przed nami wyłoniła się wydra morska, a następnie para delfinów, jakby chciały pochwalić nasze ranne wysiłki.

Posiłkom nie tylko brakowało żywności, ale także czasu. Po króciutkiej drzemce po lunchu udawałyśmy się prosto na zajęcia fizyczne. Jedna godzina poświęcona była masowaniu naszych mięśni za pomocą wałka z gumy piankowej, następna budowaniu mięśni brzucha, a potem następowały zajęcia z jogi.

W ciągu tych rutynowych zajęć, każda z nas była wzywana na swoją porcję masażu – gwarantowany codziennie moment 'och'.

Potem zmęczone snułyśmy się na obiad, na którym piękne talerze zawierały zbyt małe ilości jedzenia. Po obiedzie spotykałyśmy się z różnymi specjalistami: z dietetykiem, z lekarzem medycyny wschodniej i zachodniej, który aplikował nam akupunkturę, z kręgarzem, który stosował aktywne leczenie naciąganiem. O godz. 20.30 byłyśmy w łóżkach, wycieńczone i głodne.

Ale na koniec, były wyniki. Najbardziej wymiernymi była wyższa liczba wykonywanych pompek i skłonów oraz niższa liczba kilogramów (większość ludzi straciła od 2 do 4 kg i od 6 do 11 cali). Ale bardziej znaczące były wyniki, które pojawiły się w procesie: epifanie na szlakach, kiedy nasza grupa wspólnie dzieliła mądrość i zmęczenie, otrzymałyśmy zaskakujący dar nowych przyjaźni.

Mimo że każda z nas znała co najmniej jedną osobę w naszej 14-osobowej grupie, to nikt nie znał wszystkich. Przyjechałyśmy z Nowego Jorku, San Francisco, Seattle, Santa Barbara i Los Angeles, pozostawiając za sobą pracę i rodziny, aby udać się na ten tzw. "women's wellness summit.” (Tydzień przed i po nas byli mężczyźni, ale na naszym obozie były same kobiety.) Niektóre przyjechały, aby schudnąć, inne, aby uzyskać spokój umysłu lub zdobyć jasność swojego celu.

Odbierzcie kobietom typu A ich zegarek, BlackBerry i kluczyki do samochodu, zostawiając im do ubrania jedynie sportowe dresy na głodowej diecie, a wtedy zachodzi niesamowity proces zażyłości. Wspinałyśmy się dłużej i dalej niż mogłybyśmy sobie to kiedykolwiek wyobrazić. Obywałyśmy się bez jedzenia dłużej niż kiedykolwiek przedtem, i udawało nam się znaleźć humor i odwagę w tych obu wyzwaniach. Nasi przewodnicy przypominali nam przez cały tydzień, abyśmy poświęciły czas na docenienie tego, ile każda z nas dokonała. Ale to doświadczenie było powiększone możliwością podziwiania naszej wzajemnej siły wewnętrznej i energii. Dla mnie to było najbardziej inspirujące.

Dotrzymałam mojego noworocznego postanowienia i na początku roku 2011 weszłam na ścieżkę prowadzącą do dobrego zdrowia, ale większym darem był powrót do domu z możliwością docenienia chwili obecnej i nieoczekiwanej okazji, która otworzyła przed nami nowy sposób myślenia. Bo przecież wszystkie podróże – wewnętrzne i zewnętrzne – powinny nam to właśnie dać.

04:47, iveggy , Weganizm jest zdrowszy
Link
niedziela, 27 lutego 2011

 

Zawsze pociągało mnie odkrywanie prawdy, dociekanie do sedna spraw i rozwijanie swoich możliwości.  Zanim zaczęłam swoją przygodę jako weganka, przez kilka lat byłam wegetarianką.

To może zabrzmi dziwnie, ale nigdy nie garnęłam się do kuchni. Może podświadomie coś mnie stamtąd odrzucało, albo wiedziałam, że to będzie strata czasu. Zostając wegetarianką odetchnęłam głęboko, że nie będę musiała chodzić to tak okropnego miejsca, w którym sprzedaje się zwłoki zwierząt i wpatrywać się w nie, szukając czegoś na swój posiłek. Za to z przyjemnością odkrywałam wiele smaków i darów diety roślinnej. Nie mogłam się wtedy nadziwić całemu temu bogactwu, którego przedtem nie znałam. Zachwycałam się różnymi odmianami kasz, fasolek, soczewic, makaronów i różnych rodzajów warzyw oraz owoców. Mojej drodze do weganizmu towarzyszyło czytanie odpowiedniej literatury i obserwacje swojego ciała. Pamiętam, że zaczytywałam się w czasopiśmie „Wegetariański świat”, książce M. Grodeckiej „Wszystko o wegetarianizmie” i w wielu innych. Miałam również duże wsparcie od znajomych oraz mojego męża, z którym wspólnie przełamywałam wiele stereotypów.

Jajka odstawiłam, będąc jeszcze wegetarianką, przecież tkwi w nich zarodek nowego życia. Mleka właściwie nigdy nie lubiłam. W tym miejscu chciałabym podziękować moim rodzicom, że dawali mi sporą dozę wolności we wszystkim, nie zmuszając do niczego. To sprzyja odkrywaniu. O stronie etycznej „nabiału” mało wiedziałam, bo niby skąd. Żyłam w mieście i nie miałam kontaktu z tymi pięknymi  i inteligentnymi zwierzętami. Dowiedziałam się o tym dużo później, będąc już weganką, co tylko potwierdziło mój wybór sposobu życia. Wiele argumentów dostarczyła mi również książka

dr N.K Sharmy „Mleko – cichy morderca.”

Stając się weganką mogłam zauważyć pewne pozytywne zmiany w moim ciele. Zniknęły problemy z ciągle opóźniającą się i bolesną miesiączką oraz cysta na jajniku.  Mam poczucie lekkości. Czuję się bliżej natury. Stałam się wrażliwsza na jej pozytywne wpływy i zaczęłam doceniać w pełni jej piękno.

Wysubtelniła się wrażliwość kubków smakowych i węchowych.

Zmienił się zapach mojego ciała na przyjemniejszy, delikatniejszy.

Mogę teraz bez poczucia winy patrzeć zwierzętom w oczy.

Najgorsze przeważnie są początki i tak było w moim przypadku. Musiałam odpowiadać na pytania licznych ludzi, tych z rodziny i dalszego otoczenia. W środowisku zawodowym i w rodzinie byłam jedyną weganką. Nie należę do osób bardzo śmiałych, a tu musiałam bronić swojego stanowiska

i tych, którzy „głosu nie mają”, może nie zawsze będąc przekonująca.

Wiedziałam, że jako weganka jestem pod obserwacją wielu, a mnie zależało na tym, żeby pokazać im, że ta dieta jest dla wszystkich, więc nigdy nie uskarżałam się na zdrowie, starałam się tryskać energią.

Zdarzały się czasami lekkie przeziębienia (rzadsze niż przedtem), które mogłam wyleczyć za pomocą naturalnych metod. Herbata malinowa lub z cytrynką, czosnek, pietruszka, cebula, olejki eteryczne, ciepłe kąpiele. To dziwne, że gdy ludzie jedzący zwierzęta chorują, biorąc tony antybiotyków lub przechodząc liczne zabiegi, uważa się to za normę, ale gdy choruje weganin to wtedy sprawa jest już przesądzona- „na pewno to sprawa diety”. Na swojej drodze zawodowej spotkałam jednak cudowną osobę, moją kierowniczkę, która była bardzo otwartą kobietą. Dowiedziałam się później od niej właśnie o tym jak spostrzegane są choroby u wegan. Broniła mnie jednak, mówiąc innym zainteresowanym „no tak choruje, ale leczy się naturalnymi metodami, bez żadnych powikłań.”

W czasie swojego życia pracowałam w różnych placówkach z dziećmi. W niektórych musiałam chodzić z dziećmi na stołówkę. Zawsze zabierałam ze sobą wtedy termos z jedzeniem. Wzbudzało to zainteresowanie współpracowników. Docierały do mnie pytania typu : „Pani Renato, a co ma pani w tym termosie?”. Zmęczona tymi powtarzającymi się sytuacjami, pewnego dnia odpowiedziałam (choć może zabrzmiało to niegrzecznie) - ,„Dżdżownice!”

W zakładach pracy jest zwyczaj urządzania imienin, czyli słodkiego poczęstunku. Ja również je przygotowywałam. W pamięci utkwiło mi jedno związane z tą sytuacją pytanie, jednej z moich współpracowniczek, które padło w związku z ciastem – „Pani Renato, a czego tu nie ma?”.

Teraz wiem, że te wszystkie moje starania, dociekania oraz liczne zaczepki ze strony innych ludzi miały mnie wzmocnić w mojej postawie. Z biegiem czasu stałam się bardziej kompetentna w dziedzinie weganizmu, udzielając odpowiedzi na pytania. Poznałam też liczne tajniki wegańskiej sztuki kulinarnej, którymi mogę dzielić się z innymi, obserwując przy tym ich zaskoczenie, że coś tak pysznego można zrobić wykorzystując tylko produkty roślinne.

Teraz odkrywam, wraz ze swoim mężem, tajniki surowej diety wegańskiej, znanej jako witarianizm lub raw food.

02:21, iveggy , Moja wegańska historia
Link
sobota, 26 lutego 2011

Tłumaczenie artykułu Natural Foodie: Artist offers a fresh perspective on raw vegan foods

 

W swojej kuchni w Hill Munjoy, Elizabeth Fraser wrzuca do blendera namoczone migdały, laskę wanilii, daktyle, szczyptę cynamonu i dodaje trochę wody. Po niespełna pięciu minutach miksowania, otrzymuje biały, spieniony płyn. Wlewa tę mieszankę nad miską do specjalnego woreczka.  "W jakimś sensie wyciska się to tak jak mleko z krowy" – mówi, wyciskając cały płyn z worka, pozostawiając jedynie suchą masę migdałową, która po wysuszeniu wykorzystana zostanie do deserów i krakersów.

Następnie podaje mi szklankę pełną świeższego i wyjątkowo smacznego mleka migdałowego.

Łatwość, z jaką zrobiła mleko migdałowe w połączeniu z jego smakiem, była dla mnie jak objawienie w dziedzinie zdrowej żywności. Ale dla Elizabeth to był po prostu kolejny dzień Dziewczyny Prowadzącej Surowy Styl Życia (Girl Gone Raw). Tak nazywa się jej biznes szefa surowej kuchni wegańskiej. Oferuje ona kursy, catering na prywatne przyjęcia oraz wykłady na temat żywienia w swojej pracowni w Hill Munjoy.

Podczas naszej wizyty przygotowała zielony koktajl wg własnego przepisu. Mimo że smakował jak zwykły koktajl owocowy, napój ten zawierał dodatkową ilość składników odżywczych w formie świeżych liści jarmużu.

"Jarmuż może być trochę gorzki" ostrzega Fraser, wkładając go do blendera wraz z jeżynami, jagodami, bananami, cynamonem i wodą. "Tak więc jeśli dopiero zaczynasz pić takie koktajle, zamień go na szpinak.”

"Surowe, zielone warzywa są kluczem do dobrego zdrowia" - mówi Fraser - "i każdy odniesie korzyści, jedząc je w większych ilościach."

"Miksując zielone warzywa (w blenderze) otrzymujemy masę, zawierającą wszystkie składniki odżywcze.”

W diecie surowej, koktajle wraz z innymi produktami, mają na celu poprawę naszego zdrowia. Ludzie, którzy w dużym stopniu stosują surową dietę, chcą korzystać z żywych enzymów, które zawiera żywność nie podgrzana do temperatury wyższej niż 50 stopni.

Fraser dodaje, że korzyści zdrowotne wynikające z jedzenia dużej ilości surowej żywności to wyższa energia, utrata masy ciała, zdrowa cera i jasność umysłu.

"Naprawdę ważne jest, aby jeść różne zielone liście” – Fraser wymienia boćwinę, mniszek lekarski, rukolę i rzeżuchę jako alternatywy dla jarmużu. Ogólnie zaleca, aby w koktajlach znajdowało się 40 % zielonych liści i 60% owoców. Dla ludzi, którzy wolą smak mniej słodki, zaleca zamiast owoców, ogórki, kolendrę lub pietruszkę. Jest to też lepsze rozwiązanie dla cukrzyków i osób na diecie niskocukrowej.

Oprócz napojów, Fraser poczęstowała mnie atrakcyjnymi i smacznymi potrawami, w tym burgerami z nerkowców z kolendrą, pasternakiem, krakersami z siemienia lnianego z serem z nerkowców, plackiem z kremem i cukierkami. Nie tylko wszystko wyglądało wspaniale, ale każde danie miało pyszną konsystencję i smak.

Fraser rozpoczęła swoją drogę w kierunku surowej kuchni ponad 20 lat temu: "Moja mama zmarła na raka piersi, kiedy miałam 18 lat. Wtedy uświadomiłam sobie, czym jest zdrowie.”

Zaczęła od diety rybno - wegetariańskiej. W tym samym czasie zachorowała na zapalenie stawu biodrowego, co zmusiło ją do rezygnacji ze swojej pasji – biegania. W rezultacie zaczęła przybierać na wadze.

"Trzy lata temu postanowiłam przejść na weganizm.”- mówi Fraser - "Poczułam się dużo lepiej, ale dalej walczyłam z nadwagą."

Kiedy zmieniała dietę na wegańską, ciągle słyszała, że surowa dieta daje duże korzyści zdrowotne. Tak więc zaczęła praktykować z szefem surowej kuchni Alissą Cohen, znaną na całym świecie autorką "Raw Food for Everyone" i " Living on Live Food."

"Na początku powiedziałam, że nigdy nie mogłabym jeść w ten sposób." - przypomina sobie Fraser – "Ale w ciągu tamtego tygodnia, poczułam się o wiele lepiej i miałam jasność umysłu."

Po 2 i pół miesiąca stosowania diety składającej się w dużym stopniu z surowej żywności, Fraser zrzuciła 9 kg i wróciła do swojej wagi, jaką miała w szkole średniej. Zniknął również ból biodra.

"Nie czułam, że czegokolwiek się wyrzekałam. Wszystko smakowało tak dobrze, i desery były zabójcze."

Obecnie Fraser oferuje regularne kursy dla mieszkańców swojej dzielnicy. W ciągu każdej klasy, gdzie panuje kameralna atmosfera, 3-6 uczestników uczy się, jak przyrządzić ponad pół tuzina potraw.

"Chodzi o to, żeby im pokazać, że jest to naprawdę proste i pyszne."

Mimo że nie podgrzewa żywności do temp. ponad 50 stopni, Fraser używa dehydratora, by pokazać swoim studentom, jak tworzyć takie potrawy jak ciepłe wegańskie chili, zapiekanki, krakersy, płatki kukurydziane, chleb i pizzę.

Kiedy ludzie mówią, że jedzenie jest świetne, ale przygotowanie wymaga zbyt wiele pracy, Fraser stara się to wyjaśnić:  "Żyjemy w społeczeństwie, w którym ludzie są przyzwyczajeni do natychmiastowej gratyfikacji. Ludzie nie są przyzwyczajeni do przyrządzania jedzenia. Ja mam różne przepisy, których wykonanie nie zabiera nawet 10 minut."

Fraser jest również malarką, znaną z wibrujących pejzaży i portretów psów. Znajduje paralele między przygotowywaniem surowej żywności i jej sztuką: "Myślę, że surowa żywność to też twórczość. Uwielbiam jaskrawe kolory.”

"Ten sposób odżywiania się jest taki przyjemny, ponieważ jedząc karmisz swój organizm. Nie żyjesz tylko po to, by jeść."

piątek, 25 lutego 2011

Tłumaczenie artykułu We can do our part to feed the world's hungry

 

Coraz powszechniejsze rewolucje na Bliskim Wschodzie, których jesteśmy świadkami, mimo że inspirowane pragnieniem osobistej wolności, z pewnością są też wynikiem wszechobecnej pandemii głodu, zwłaszcza wśród najmniej uprzywilejowanych warstw na świecie.

Od grudnia ubiegłego roku wzrósł popyt na żywność, a malejące zapasy spowodowały, że wskaźnik cen żywności wzrósł rekordowo. Zasoby żywności zmalały z powodu klęsk powodzi i susz, które mogą mieć związek z globalnym ociepleniem oraz stopniowym wyczerpywaniem się podziemnych zasobów wodnych. Popyt rośnie w obliczu wzrostu populacji oraz wykorzystywania ogromnych ilości ziarna do produkcji biopaliw i mięsa.

Głód dotyka prawie miliard ludzi na całym świecie, głównie kobiety i dzieci.

Powoduje to masowe migracje i rozruchy, i prędzej czy później  wywrze to wpływ na nas wszystkich.

Niektóre z przyczyn głodu na świecie są poza naszą jednostkową kontrolą Ale, jako naród, który konsumuje ogromne ilości mięsa, mamy szczególny obowiązek, aby uwolnić trochę ziarna dla głodnych, ograniczając naszą własną konsumpcję.

Obecnie mając już szeroki dostęp do smacznych i pożywnych mięsnych i mlecznych substytutów, dostępnych w każdym niemal supermarkecie, nie mamy powodu, aby to odkładać.

Również wpisanie wyrażenia "wegański styl życia” w internetowej przeglądarce, da nam wiele pożytecznych wskazówek.

Caleb Rommel, Calgary

czwartek, 24 lutego 2011

Gene Blalock z kalifornijską grupą The Faded


04:47, iveggy , Muzyka
Link
środa, 23 lutego 2011

Tłumaczenie artykułu Why milk is bad for you

Ile razy dorastające dzieci muszą słuchać takich rzeczy jak: „Mleko jest zdrowe dla organizmu” czy „Pij mleko, będziesz wielki/a”. Ile razy matka mówi swoim dzieciom: „Pij mleko, żebyś miał zdrowe zęby i kości”? Dorastając zawsze słyszeliśmy, że jeśli nie będziemy pić mleka, to poniesiemy konsekwencje, jednak w rzeczywistości mleko jest bardzo groźne dla zdrowia.

Mleko nie zawsze jest niezdrowe. Mleko matki – tzn. mleko ludzkie – dostarcza niemowlętom w ciągu pierwszych 6 miesięcy wszystkie potrzebne składniki odżywcze. Mleko kobiece jest więc idealnym pożywieniem dla niemowląt. W podobny sposób, mleko krowie jest naturalnym idealnym pożywieniem dla cieląt, nie dla ludzi.

Według Roberta Cohena, dyrektora wykonawczego Rady Edukacji ws. Nabiału i współzałożyciela strony notmilk.com, spożycie mleka jest odpowiedzialne za wiele problemów zdrowotnych, w tym:

* Raka piersi

* Cukrzycę  (zarówno u dorosłych jak i u dzieci)

* Kamienie nerkowe

* Trądzik

* Choroby serca

* Osteoporozę

* Stwardnienie rozsiane

* Udar mózgu

* Reumatoidalne zapalenie stawów

Dlaczego więc mleko jest takie niezdrowe i powoduje te wszystkie schorzenia?

Według Vivian Goldschmidt, założycielki Save Our Bones, istnieje wiele mitów otaczających konsumpcję mleka. Jednym z najpopularniejszych - jak mówi – jest mit, że dzięki piciu mleka, z wapnia zawartego w mleku, tworzą się zdrowe kości. W rzeczywistości jednak białko zwierzęce, znajdujące się w mleku, pozbawia organizm ludzki wapnia -  czyli przynosi zupełnie odwrotny skutek.

W podobny sposób Vivian również rozwiewa kolejny mit dotyczący mleka: że picie mleka redukuje złamania kości. Cytuje ona źródła, które wskazują, że większe spożycie mleka w rzeczywistości może powodować częstsze złamania kości. Co więcej, twierdzi ona również, że mleko jest "żywnością przetworzoną". Mleko jest pasteryzowane i homogenizowane, a krowom, które wytwarzają mleko, aplikuje się hormony i antybiotyki (które, oczywiście, trafiają do mleka). Goldschmidt następnie łączy hormonalne dodatki z powstawaniem raka.

Cohen, Goldschmidt i setki innych chcą, by Amerykanie (i tak naprawdę, każdy człowiek na tej planecie) otrzymali ten komunikat: Powiedz "Nie" konsumpcji mleka!

 


wtorek, 22 lutego 2011

Małymi krokami ku weganizmowi

Urodziłam się w rodzinie mocno mięsożernej jako niepoprawny niejadek, ku zgryzocie rodziców. Od najmłodszych lat przechodziłam katusze będąc świadkiem zabijania kur, kaczek, gołębi, jako przygotowanie do dorosłego życia, w którym trzeba sobie dać radę. Buntowałam się przeciw temu, płakałam i słyszałam tłumaczenia, że taki już jest ten świat – jedni drugich zjadają i nic na to nie można poradzić. Poddałam się temu, jadłam tradycyjnie, choć z wielką ulgą ukradkiem wrzucałam mięso pod stół, gdzie piesek zjadał je natychmiast. Kiedy w ręce wpadła mi książka M. Grodeckiej ,,Zmierzch świadomości łowcy’’, pomyślałam, że odżywianie bez mięsa jest wspaniałe, ale niemożliwe do przejścia w mojej rodzinie przekonanej o konieczności spożywania białka zwierzęcego. Książka spoczęła na półce na kilka lat.

Na szczęście moja koleżanka ze studiów przeszła na wegetarianizm. Opierając się na wiedzy zaczerpniętej z gazet przekonywałam ją, że źle robi i nabawi się przez to chorób. Ona wykazała się cierpliwością, taktem i mądrością podsuwając mi artykuły z ,,Wegetariańskiego świata’’ (Internetu jeszcze nie było). Pierwsze, jakie czytałam wywołały dysonans. ,,Jak to? Jezus był wegetarianinem? Wegetarianie skłonni są wszystko przerobić do swojej ideologii’’. Zaczęłam poszukiwać dowodów na obalenie tej tezy i dotarłam do jakiejś starej książki, w której opisana była społeczność Esseńczyków, do której należał Jezus. No dobra: 1:0 dla wegetarianizmu. Czytałam dalej i pamiętam, że przełom w moim myśleniu nastąpił po  artykule opisującym połowy dalekomorskie. Zawartość sieci rybackich, w których można znaleźć nie tylko ryby, ale też łapane ,,ponadprogramowo’’ foki, delfiny, małe wieloryby, żółwie morskie i ptaki wzbudziła mój żal.

Kochałam zwierzęta od dziecka, przynajmniej tak mi się zdawało. Takie informacje, że salami jest z osiołka, a kabanos z konika były wstrząsami. Jakie to szczęście, że w końcu dowiedziałam się, że jedzenie zwierząt nie tylko nie jest konieczne, ale też jego odstawienie daje większy spokój, zrównoważenie i zdrowie.

Mój umysł był już gotowy, a przejście do działania dokonało się po poznaniu osoby, która wyznała, że jest wegetarianką od lat i czuje się wyśmienicie. Moja odmowa skwarek w domu zapoczątkowała pasmo awantur, zmagań, płaczu, ale też trwania w postanowieniu  mimo, że moja decyzja spotkała się z niezrozumieniem. Był to przejaw troski rodziców o moje zdrowie, o które chcieli dbać zgodnie z tym, co propagowano w społeczeństwie, czego nauczyli się od własnych rodziców. Stopniowo rodzice się uspokajali widząc, że jestem w doskonałej kondycji, zniknęły problemy skórne trapiące mnie od lat, a wyniki krwi były bardzo dobre. Coraz bardziej akceptowali moją odmienność i chociaż gotowałam sobie sama, z czasem zaczęli mnie raczyć ciastami bez jajek i wymyślnymi potrawami warzywnymi. Zjadałam wszystko z wdzięcznością ciesząc się ze zmiany ich postawy.

Minęło kilkanaście lat, zanim zostałam weganką, bo chociaż unikałam mleka, byłam wielbicielką mlecznej czekolady. Okresowo jadałam ser, lecz po obejrzeniu filmu Meet your Milk mleczne rzeczy stanęły mi w gardle. Do dziś pamiętam ostatnią scenę filmu, gdzie widać cielaka sprzedawanego na rzeź i słychać głos Aleca Baldwina mówiący: Jeśli pijesz mleko, bierzesz w tym udział.

Kiedy podjęłam decyzję o przejściu na weganizm ,,na pełen etat’’ znalazłam się akurat w uroczej kawiarni ze znajomymi. Był z nami jeden weganin. Przyłączyłam się do niego w siedzeniu przy samej herbacie z dobrym humorem. Przypomnienie tej sceny budzi mój uśmiech, bowiem w tej chwili wszystkie osoby, które wtedy siedziały przy stoliku, są weganami.

Weganizm to tylko kwestia czasu – gdy dotrą do nas odpowiednie informacje, a kochamy zwierzęta, nie da się inaczej. Większość ludzi po prostu nie ma świadomości jak naprawdę wytwarzane są produkty zwierzęce. Jednak teraz dostęp do informacji jest coraz większy poprzez Internet, książki, nawet niektóre pisma zamieszczają odważne artykuły o szkodliwości produkcji zwierzęcej dla zdrowia, środowiska, planety. Coraz więcej jest osób, które mogą udzielić rady, wspomóc wskazaniem literatury czy po prostu podać linki lub pokazać, jak przyrządzić wegańskie posiłki. Przejście na dietę roślinną jest łatwe, jeśli się tylko chce.

Jestem wdzięczna Bogu i wszystkim, którzy pomogli mi otworzyć oczy na szlachetną naturę człowieka.  Moje życie na diecie wegańskiej jest inne – przepełnione prawdziwym szacunkiem dla wszelkiego przejawu życia i powrotem do radosnego, czystego, wręcz dziecięcego nastawienia do zwierząt i świata.

poniedziałek, 21 lutego 2011

Tłumaczenie artykułu Becoming Vegan: The No-Lose Way To Save The Planet

 

Tak więc, może zastanawiasz się, co sprawia, że wegański styl życia to zawsze wielka wygrana? Kim są ci wielcy zwycięzcy?

Zwycięzca #1: Ty
Chcesz być zdrowszym? Chcesz obniżyć poziom cholesterolu? Cóż, to jest odpowiednie miejsce. Weganie z łatwością unikają podwyższonego poziomu cholesterolu, który często jest wynikiem spożywania produktów odzwierzęcych. Dzieje się tak dlatego, że żywność wegańska jest naturalnie pozbawiona cholesterolu.

Produkty pochodzenia zwierzęcego są jedynym spożywczym źródłem cholesterolu u ludzi. Innymi słowy, produkty odzwierzęce jako jedyne zawierają cholesterol, a weganie po prostu je bojkotują. Nasze ciała nie potrzebują żadnej dodatkowej ilości cholesterolu. 

Zwycięzca # 2: Zwierzęta
Wegański styl życia to postawa sprzeciwu wobec okrutnego traktowania zwierząt. 
Bądźmy szczerzy, bojkotowanie firm, które śmierdzą, zawsze wydaje się właściwym postępowaniem. 
O jakich śmierdzących biznesach mówię? Mówię o farmach przemysłowych, w których zwierzęta spędzają
swoje życie stłoczone w klatkach, a potem są zabijane w sposób rażąco brutalny.

Wszyscy wiemy, że zwierzęta wyczuwają niebezpieczeństwo i odczuwają ból. Wszyscy wiemy, że metody hodowli na farmach przemysłowych są okrutne.

Wegański styl życia pozwala na podjęcie działań w pozytywnym kierunku, za każdym razem, kiedy jesz. Jeśli już jesteś weganką/weganinem, to wiesz, jakie to jest przyjemne uczucie, kiedy każdego dnia inwestujemy w jedzenie wolne od okrucieństwa.

Zwycięzca # 3: Środowisko
Produkty odzwierzęce śmierdzą. A to dlatego, że masowo zanieczyszczają naszą planetę. Mówię o zanieczyszczeniu na tak dużą skalę, że farmy przemysłowe mogą się tylko modlić, że większość ludzi nigdy o tym się nie dowie. Jednak już jest za późno.

W 2006 r. Organizacja ds. Wyżywienia i Rolnictwa przy ONZ opublikowała raport potwierdzający, że 18 procent emisji gazów cieplarnianych pochodzi z sektora produkcji zwierzęcej. Raport potwierdza również, że jest to większy odsetek niż gazów emitowanych przez transport.

Być może słyszeliście powiedzenie: "Nie można jeść mięsa i zarazem być ekologiem."  

niedziela, 20 lutego 2011

Tłumaczenie ze strony One Green Planet

 

Bez względu na to, czy cierpimy na nietolerancję glutenu czy też postanowiliśmy wyeliminować gluten z naszej diety w celu zbadania, jak to wpłynie na nasze samopoczucie, stosowanie wegańskiej diety bezglutenowej może, ale nie musi, być wyzwaniem.

Ocenia się, że na całym świecie 1 na 200 osób cierpi na najbardziej ciężką formę nadwrażliwości na gluten, znaną jako celiakia. Jednak u wielu osób choroba ta nie zostaje rozpoznana.

Stosowanie diety bezglutenowej może często wydawać się trudne. Wiele bezglutenowych zaleceń sugeruje odżywianie się mięsem i ryżem, co nie jest rozwiązaniem dla bezglutenowych wegan. Jednak nie wszystko stracone. Stosując pewne ogólne zalecenia, można dokonać przejścia na wegańską dietę bezglutenową bez większych problemów.

Ważne jest, by pamiętać, w jakich produktach występuje gluten, aby go całkowicie wyeliminować z diety. Gluten jest białkiem, które znajduje się w takich ziarnach jak pszenica, jęczmień i żyto. Niestety, te ziarna są zazwyczaj używane w powszechnej diecie,  a także są ukryte w niektórych mniej oczywistych miejscach. Jednak my, weganie, mamy już świetnie opanowane wykrywanie ukrytych składników.

Chociaż istnieje wiele bezglutenowych produktów zastępczych, to jednak zawsze zaleca się, aby raczej stosować pełnowartościowe produkty w każdej zdrowej diecie. Chleb bezglutenowy i ciasta w proszku z powodzeniem zastąpią swoich glutenowych kuzynów, ale często są bardzo drogie. Można rozważyć zastąpienie mąki pszennej, np. w tortilli, mąką kukurydzianą.

Na dobry początek podaję bezglutenowy wegański przepis na pieczone zimowe warzywa. Spód jest wykonany z tartych ziemniaków.

 

Placek z pieczonymi warzywami zimowymi

 

 

 

  • 3 duże marchewki (pokrojone w plastry)
  • 1 mała dynia (pokrojona w małe kostki)
  • 1 duży słodki ziemniak (pokrojony w małe kostki)
  • 1 średni bakłażan (pokrojony w małe kostki)
  • 2 duże ziemniaki (obrane i starte na grubej tarce)
  • 4 łyżki oliwy (z pierwszego tłoczenia)
  • sól
  • pieprz
  • wegański żółty ser (starty)

 

 

Rozgrzać piekarnik do 200 C. Na blasze rozłożyć w jednej warstwie warzywa (marchew, dynię, słodkiego ziemniaka i bakłażana) i skropić je 2 łyżkami oliwy z oliwek. Posypać solą i pieprzem i piec przez 30 minut.

 

Podczas gdy warzywa się pieką, starte ziemniaki ułożyć na dnie szklanej miski (ognioodpornej) i pokropić je resztą oleju, po czym przycisnąć mocno do dna.

 

Gdy warzywa się upieką, włożyć je do przygotowanego naczynia i wstawić do piekarnika na 15 minut, po czym posypać żółtym serem i piec przez następne 5-10 minut.

***

Poniżej ciekawy komentarz na temat diety bezglutenowej:

Witajcie, jesteśmy z moich chłopakiem od ponad roku na bezglutenowej wegańskiej diecie (wcześniej byliśmy na glutenowej wegańskiej) . Nie mamy stwierdzonej nadwrażliwości ale postanowiliśmy sprawdzić, jak będziemy się czuli na takiej diecie. Okazało się , już po paru tygodniach, że czujemy się znacznie lepiej kiedy nie jemy glutenu. Mi ustąpiły uciążliwe migreny i oboje mamy więcej energii. Nie wyobrażam sobie powrócić do glutenu. Dajemy sobie świetnie radę. Zamiast zwykłej mąki do wypieków używamy mąki kukurydzianej, ryżowej, gryczanej lub quinoa, do rzeczy typu placki można dodać skrobi ziemniaczanej, zmielonych pestek dyni i siemienia lnianego by uzyskać lepkość. W sklepach z eko żywnością kupimy też kukurydziany makaron, makaron ryżowy a nawet bezglutenowy zakwas do chleba. My na obiad jemy zazwyczaj ziarno plus warzywa czyli kaszę gryczaną, ryż brązowy, ziemniaki, soczewicę lub kasze jaglaną , łączymy to z gotowanymi warzywami i przyprawami i dużą ilością surowych zielonych warzyw liściastych. Można sobie naprawdę smakowo dogodzić za pomocą dobre przyprawionej surówki i bezglutenowego ziarna z dodatkiem przypraw i ulubionego oleju. Naprawdę polecam taką. dietę. Wiele osób nie wie nawet , że maja nadwrażliwość na gluten (podobno ma większość populacji) i że ich samopoczucie byłoby o wiele lepsze bez glutenu. Pozdrawiam.

 

04:59, iveggy , Porady
Link Komentarze (7) »
piątek, 18 lutego 2011

 

Amerykańska grupa Vegan Vixens.

"Celem Vegan Vixens jest eliminacja cierpienia zwierząt, pomaganie ludziom, by odzyskali zdrowie i kondycję fizyczną oraz zatrzymanie globalnego ocieplenia - poprzez muzykę."


02:51, iveggy , Muzyka
Link
czwartek, 17 lutego 2011

 

Ja, świnka

Od  czego się zaczęło? Sceny okrucieństwa jawią się przed oczami jak krótkometrażowy, poklatkowy film.  Kadry...  Cyrk w mieście, wielbłąd z krwawiącym garbem przywiązany pod sklepem, obok wesoły plakat zachęcający  roześmianymi twarzami klaunów. Rozjechane jeże na zboczach ulic.  Tamten kot, był czyimś pupilkiem – rozjechany (ironio!) przez karawan pogrzebowy. Dzieciństwo spędzane na wsi, wśród zwierząt hodowlanych.

 

-Dziadku, nie chcę zjeść indyka

-Ale to przecież Kaśka, ta co się z nią w wakacje bawiłaś -  argumentacja do mnie nie trafiła.

Filmowa świnka Babe, transportowane w ciasnych zagrodach świnie i konie, bezdomne, wychudzone psy i koty. To zwierzęta wywoływały we mnie większe współczucie. Czasami większe niż ludzie. Przez ich niewinność, czystość, niewiedzę. Jak powiedzieć młodemu cielakowi, że nie jest już nikomu potrzebny?

Najważniejszy punkt przełomowy, wycieczka szkolna do wrocławskiego ogrodu  zoologicznego. Krótko po śmierci matki, w drugiej klasie szkoły podstawowej.  Mała, pulchniutka Różyczka weszła do ogrodzonego mini zoo ze zwierzętami, których ludzie nie przywykli widzieć żywych.  Wśród gonionych przez rozwrzeszczane dzieci kóz, potrzebowałam azylu. Podeszłam do przyciemnionej klatki (mniej więcej dwa metry na półtora).  Zobaczyłam leżącą maciorę, jej oczy krzyczały żałośnie. W kącie dostrzegłam kilka ciasno leżących prosiąt wietnamskich. Postanowiłam zostać przy nich tak długo, jak to będzie możliwe. Włożyłam rękę przez kratę i dałam matce maluchów precelka, zdobyłam tym jej sympatię, pozwoliła mi się pogłaskać. Mówiłam do niej klęcząc, mówiłam jak bardzo chciałabym zabrać ją ze sobą wraz z gromadką. Jej wzrok zdawał się rozumieć. Gdy już miałam odchodzić, locha odwróciła się, by popchnąć ku mnie pyskiem jedno ze swoich młodych. W oczach stanęły mi łzy, coś pękło w sercu ośmiolatki. W drodze powrotnej cała klasa ruszyła szturmem do Mc Donald’a. Ja siedziałam w autokarze, zaś dwa lata później zostałam wegetarianką.

Zaczęło się od empatii, szeroko pojętej. Tu moja historia staje się inna niż reszta. Od dziecka byłam znana z tego, że pochłaniałam duże ilości jedzenia, w szkole podstawowej dzieci przezywały mnie wieprzem. Nie do końca mnie to dotykało, gdyż po zaistniałym incydencie uwielbiałam świnie. Jednak wiedziałam więc o co chodziło. Miałam problem z nadwagą. Nawet gdy przestałam jeść mięso, przybierałam na wadze. Nie odżywiałam się zdrowo, jadłam produkty z paczek, gdyż nikt dla mnie nie gotował. W pewnym momencie postanowiłam to zmienić. Postanowiłam pojechać do ośrodka dla młodzieży z nadwagą, było to trzy lata temu. To tam, mając specjalną dietę wegetariańsko – niskokaloryczną, zaczęłam zastanawiać się nad pochodzeniem mleka i jaj. Nie mogłam uwierzyć w to, że wcześniej nie przyszło mi to do głowy, czułam wszechogarniające wyrzuty sumienia. Czułam się cmentarzyskiem, dodatkowo nie akceptowałam swej fizyczności. Wtedy dopadł mnie demon, z którym walczę do dzisiejszego dnia – bulimia.

Gdy wróciłam do domu, zaczęłam czytać o weganizmie, ułożyłam dietę, dzięki której mogłam dalej chudnąć. Na co dzień byłam weganką, jednak nastawały momenty, gdy choroba brała nade mną górę. Gdy czułam wilczy głód, jedzenie traktowałam przedmiotowo, nie myślałam o etyce, mleko było płynem, a nie śmiercią cieląt. Wiadomo, czym kończą się wyrzuty sumienia. Z dnia na dzień czułam się coraz gorzej, miałam świadomość, że w atakach furii nie kontroluję się, zabijam. W końcu prawie zupełnie ograniczyłam jedzenie w ogóle. Schudłam trzydzieści cztery kilogramy i zemdlałam z głodu. Trafiłam do szpitala, gdzie wmuszano we mnie jedzenie, sery, jajka, mleko... Czułam się podle.

Po powrocie do domu byłam pod stałą obserwacją, miałam „naprawić” wykończony organizm. Po roku sytuacja się powtórzyła, trafiłam do szpitala. Nikt nie potrafił mi pomóc. Zawaliłam szkołę i odseparowałam się od przyjaciół. Leczenie nie przyniosło rezultatów.

W pewnym momencie zrozumiałam to, o czym teraz piszę. Wrzucanie w siebie jedzenia zapełniającego pustkę emocjonalną. To wyrzuty sumienia spowodowane śmiercią zwierząt. Dziś jestem silną weganką, co prawda niezbyt długo, ale czuję jak rośnie we mnie akceptacja samej siebie, życia w zgodzie z naturą. Utrzymuję wagę i trzymam się z daleka od produktów pochodzenia zwierzęcego, napawają mnie obrzydzeniem. Siłę dają mi oczy wpatrzone we mnie w ogrodzie zoologicznym. Oczy każdego zwierzęcia na Ziemi. Weganizm pomógł mi w pewnym stopniu zwalczyć chorobę. Pomógł zrozumieć siebie, dać światu coś dobrego.

środa, 16 lutego 2011

Tłumacznie artykułu z Boston.com

Somerville - Większość swojego życia Joe McCain odżywiał się pizzą z pepperoni i kiełbasą, kanapkami z kotletem, i wszystkim, co było smażone. Detektyw policji w Somerville, z ogoloną głową, śnieżnobiałą brodą i kaskadą tatuaży na ramionach, podsumowuje: „Jadłem jak Amerykanin.''

Jednak po 40-tce dobre czasy się skończyły. Jego waga doszła do 117 kg, brzuch wypychał ubrania, był otyły, nieszczęśliwy i w bardzo złej formie.

Za radą swojego przyjaciela z dzieciństwa, Briana Rothwella, instruktora jogi, który całe życie był weganinem, McCain wyeliminował z diety mięso, nabiał, jajka, kurczaki i ryby oraz zaczął uprawiać jogę vinyasa, co pomogło mu zrzucić 30 kilogramów w ciągu 8 miesięcy. "Czuję się jak milion dolarów. Już nie wyglądam jak klucha.'' mówi McCain.

Trzy lata później, popijając yerba mate w Sherman Cafe przy Union Square, gładki o jasnych oczach McCain jest nową twarzą weganizmu: mężczyźni w wieku 40 i 50 lat przyjmują ten styl życia, aby wyglądać lepiej, naprawić błędy obżarstwa lub oszukać śmierć. Są zeganami. Są zdrowi. I zamierzają tutaj zostać. Kiedy nikt nie patrzy, mężczyźni pospiesznie podchodzą do baru z sokiem z kiełków pszenicy.

Znani zeganie to "Spider-Man'' - Tobey Maguire i wokalista z Radiohead, Thom Yorke. (…) Być może najbardziej klasycznym przykładem jest Rip Esselstyn, weteran strażak i trójboista z Austin w Teksasie. Pomógł strażakom ze swojej jednostki obniżyć poziom cholesterolu w ciągu 28 dni, zalecając im unikanie białka zwierzęcego, po czym opisał rezultaty w bestsellerowej książce "The Engine 2 Dieta'' (Wellness Central). Choć nie jest określana jako wegańska, oparta na roślinach dieta Esselstyna pomaga obniżyć poziom cholesterolu, dzięki eliminacji mięsa, jaj i nabiału. Rip Esselstyn mówi: "Napiętnowano tę dietę, że nadaje się dla yuppie, ekologów, wychudzonych słabeuszy. To jest dalekie od prawdy. Chcę powiedzieć, że prawdziwi mężczyźni jedzą rośliny.''

Eric Faulkner, profesjonalista high tech, piecze wegańskie ciasteczka w swoim lofcie na Lowell. Szczupły 42-latek wyjaśnia w kilku słowach, dlaczego został weganinem: "Bałem się, że umrę na raka''.  Po przeczytaniu "China Study'' (Raport Chiński), który podaje, że białko zwierzęce może przyspieszyć rozwój raka, spowodować cukrzycę i choroby serca, Faulkner pożegnał się z cheeseburgerem.

Przez ostatnie osiem miesięcy posiłki w jego domu były zdrowymi odpowiednikami potraw mięsnych. ‘’Robię wielkie kanapki z awokado Reuben, bezmięsne klopsy, zupę z pieczonej dyni i dużo makaronu'' - mówi Faulkner, którego żona i 8-letnia córka również się nawróciły.

Aby zachować sprawność podczas zawodów rugby, sportowiec i pisarz Jay Atkinson z Methuen zamienił ser na ser sojowy i wyeliminował kanapki z indykiem.

„Chciałem przedłużyć swoją karierę, zatrzymując szczupłą sylwetkę'' mówi 52-letni Atkinson. Zanim przeszedł na weganizm, już odżywiał się zdrowo. Dojeżdża do Bostonu, gdzie na Uniwersytecie Bostońskim uczy, jak pisać dla czasopism, a w wolnych chwilach śmiga na łyżwach po zamarzniętym stawie, i potrzebuje tyle energii, ile to możliwe. Dieta wegańska mu ją zapewnia.

"W ciągu tygodnia jestem bardzo zajęty. To jest idealna dieta. Nie mógłbym wozić ze sobą szynki.'' - mówi Atkinson, który wrzuca batony wysokoproteinowe, owoce i wodę do plecaka przed wyjściem z domu. Jak większość zeganów, Atkinson, samotny ojciec, sam nauczył się gotować. Do jego specjalności należą pikantny gulasz z czarnej fasoli oraz zupa ziemniaczana z asparagusem i koperkiem. Czuje się zadowolony z wegańskich wartości odżywczych, ale przyznaje, że są utrudnienia: „Chciałbym umieć ugotować 30 do 40 potraw zamiast 10.”

Nie ma żadnych konkretnych danych, ilu jest zeganów. Z natury większość mężczyzn nie rozgłasza swoich nawyków żywieniowych. "Nigdy nie byłem tak nazywany” powiedział Bob Bouley, właściciel nowej restauracji wegańskiej, Puls Cafe na Davis Square. "Nie afiszuję się, że jestem weganinem, ja w to po prostu wierzę.”

Większość klientów w jego ciepłej karaibskiej kafejce, gdzie serwuje się wędzone tofu i grzybowe sushi, stanowią kobiety. Bouley mówi: "Sądząc po naszej stronie na Facebooku, 65-70% naszych fanów to są kobiety w wieku od 18 do 35''.

W Newton, surowa wegańska restauracja Cafe Prana jest gotowa, aby stać się główną siedzibą zeganów. W zeszłym miesiącu, w deszczowy wieczór, 80-letni Fred Bisci, znany specjalista ds. żywienia ze Staten Island w Nowym Jorku, zajadał się zieleniną w pomalowanej na cukierkowo kafejce, która serwuje koktajle, sałatki i wino wegańskie, zaraz obok studia jogi. Bisci, weganin od 40 lat, jest chodzącą reklamą tej diety. "Wiele osób uważa, że to radykalne. Z pewnością wydłuża życie. Nie ma żadnych wątpliwości.” - mówi Bisci.

Taylor Wells, która wraz z mężem weganinem Phillipe jest właścicielką kafejki i studia jogi, twierdzi, że 10 - 15 % klientów stanowią zeganie. "Przychodzą tu mężczyźni, którzy chcą się oczyścić i dobrze poczuć. Pomagamy im w tym. Myślę, że słowo weganizm ma złą reputację, brzmi bardzo wojowniczo i gniewnie.”

Ale słowo zeganin może się przyjąć. "Możliwe jest, że stanie się to trendem. Widzimy coraz więcej mężczyzn na zajęciach jogi i oni chodzą też do naszej restauracji.”

Mimo tego, że produkty wegańskie są szeroko dostępne na rynku i w restauracjach, to życie weganina nie zawsze jest harmonijne.

Czasami w lecie, kiedy McCain poczuje grilla u sąsiada, jego wewnętrzne mięsożerne ja zaczyna się szarpać. Ale pokusa nie zwycięża. „Kiedy zaczniesz czuć się tak jak ja się czuję, i zobaczysz rezultaty z właściwego odżywiania się i ćwiczeń fizycznych, trudno ci będzie nawet pomyśleć o zmianie.” – mówi.

Jedną z rzeczy, które chciałby zmienić, to błędne przekonanie, że bycie weganinem oznacza bycie na diecie. "Słyszę to cały czas: ‘Czy jesteś jeszcze na tej diecie?’ To jest tak odległe od bycia na diecie. Wcale nie czuję się ograniczony. Jeśli już, to moje menu się poszerzyło, a nie skurczyło.” – mówi - ‘’Ja już nigdy nie będę na diecie.”


wtorek, 15 lutego 2011

Kwestia mięsa hodowanego w laboratorium jest bardzo złożona. Ma plusy (uratuje miliardy zwierząt), ma też minusy (zwierzęta nadal są wykorzystywane w punkcie początkowym i zależność społeczeństwa od mięsa nadal jest podtrzymywana).

Poniżej tłumaczenie artykułu, który niedawno opublikowano w Reuters

Charleston w Południowej Karolinie. W małym laboratorium na piętrze budynku oddziału naukowego na Stanowym Uniwersytecie Medycznym, dr Vladimir Mironov od 10 lat usiłuje stworzyć mięso.

56-letni Mironov, bioinżynier specjalizujący się w rozwoju tkanki, jest jednym z nielicznych naukowców na świecie zajmujących się bioinżynieryjną „kultywacją” mięsa.

Uważa on, że produkt ten może rozwiązać zbliżający się globalny kryzys żywnościowy, wynikający z kurczenia się dostępnych gruntów potrzebnych do hodowli mięsa w tradycyjny sposób...

Uprawą mięsa "in vitro" czyli w probówce zajmują się także naukowcy w Holandii, jednak w USA, wg tego, co Mironov powiedział w wywiadzie dla Reutera, najwięcej czasu poświęca się na szukanie funduszy i odbiorcy. (…)

"To jest klasyczny problem z nową technologią." - powiedział Mironov - "Wprowadzenie nowej technologii na rynek kosztuje średnio 1 mld dolarów. My nie mamy nawet 1 miliona."

Mironov, dyrektor Centrum ds. produkcji Rozwiniętej Tkanki przy Oddziale Regeneracyjnej Medycyny i Biologii Komórek na Uniwersytecie Medycznym w Płd. Karolinie, obecnie głównie prowadzi badania dotyczące inżynierii tkanki i "hodowania” ludzkich organów.

"Ludzie, kiedy dowiadują się, że mięso było hodowane w laboratorium, czują niechęć. Nie lubią mieszać technologii z żywnością.”  - twierdzi 32-letni Nicholas Genovese, naukowiec pracujący na zlecenie organizacji Ludzie na rzecz Etycznego Traktowania Zwierząt, która oferowała mu 3-letni grant, aby kierował laboratorium dr Mironova, w którym hoduje się mięso.

"Jemy jednak dużo produktów uważanych za naturalne, które są produkowane w podobny sposób." powiedział Genovese. (…)

Jeśli wino jest produkowane w winnicy, piwo w browarze, a chleb w piekarni, to gdzie hoduje się mięso?

W "carnery" (od słowa carne – mięso) - tak Mironov zamierza nazwać przyszłe zakłady produkujące mięso. Ma on wizję budynków wielkości boiska do piłki nożnej, wypełnionych dużymi bioreaktorami. (…)

"To będzie funkcjonalna, naturalna, specjalnie zaprojektowana żywność." - powiedział Mironov. "Taka, jaką sobie zażyczysz. Chcesz trochę tłuszczu, wieprzowinę? Projektujemy dokładnie to, czego chcesz. Możemy zaprojektować konsystencję.”

"Wierzę, że możemy to zrobić bez genów. Ale nie ma dowodów, że jeśli dodamy geny, to jakość żywności ucierpi.” (…)

Dr Mironov pobiera mioblasty – zarodki komórek, które rozwijają się w tkankę mięśniową – od indyka, po czym zanurza je w mięsnej surowicy na rusztowaniu z chitozanu (polimery występujące w przyrodzie), aby spowodować wzrost pierwszej tkanki mięśniowej. Ale jak otrzymać mięsną konsystencję?

Genovese powiedział, że naukowcy zamierzają dodać tłuszcz. A poprzez dodanie układu naczyniowego, wewnętrzne komórki otrzymają tlen, co umożliwi otrzymanie mięsa na kotlet, zamiast cienkiego pasemka tkanki mięśniowej.

„Mięso hodowane w laboratorium może kiedyś stać się tańsze niż ogromnie subsydiowane mięso z farm” - mówi Genovese - „i jeśli społeczeństwo zaakceptuje laboratoryjne mięso, w przyszłości przyniesie ono korzyści. 30% powierzchni ziemi zajmują grunty związane z produkcją białka zwierzęcego.

Zwierzęta wymagają od 1.5 do 4 kg substancji odżywczych, aby otrzymać z nich ½ kg mięsa. Jest to dość nieefektywne. Zwierzęta spożywają żywność i wydalają odchody. Mięso laboratoryjne nie ma systemu trawiennego. Ponadto, w razie wypraw badawczych w kosmos, ludzie będą musieli produkować żywność w przestrzeni, a nie możesz tam zabrać ze sobą krowy. Musimy rozważać takie technologie, aby rodził się postęp. Inaczej pozostaniemy w stagnacji. Komu 15 lat temu śniło się o iPhonie?”

poniedziałek, 14 lutego 2011

 

Walentynki, chociaż często kojarzą się z komercyjnym rozkręcaniem rynku ze słodyczami i kwiatami, to jednak poza handlowym aspektem, są bardzo przyjemnym świętem, dającym nam okazję do wyrażenia naszych uczuć w stosunku do przyjaciół i osób kochanych. Nie musimy kupować kwiatów i słodyczy, wystarczy trochę fantazji i wysiłku, aby spędzić ten dzień w przyjemnym wegańskim stylu.

Danie to jest bardzo podstawowe i proste, ale wygląda świetnie:

 

Składniki

na ciasto:

  • 250 g mąki pszennej razowej
  • 50 g zarodków pszennych
  • 5 łyżek oliwy (najlepiej z pierwszego tłoczenia)
  • 120 ml piwa

na farsz:

  • 250 g dyni
  • 2 garście soczewicy
  • 1 ząbek czosnku
  • 1 szczypta zmielonych nasion sezamu, kminku i kolendry, ew. sól

 

Przygotowanie:

W dużej misce wymieszać mąkę i zarodki pszenne, dodać olej i powoli dodawać piwo, mieszać, aż ciasto stanie się gładkie i nie lepkie, elastyczne. Włożyć ciasto do lodówki na co najmniej godzinę, lepiej na dłużej. Można przygotować je dzień wcześniej i zostawić w lodówce, zawinięte w plastikową folię.

Farsz: umytą dynię pokroić w kostkę. W rondlu podsmażyć zmiażdżony lub pokrojony w cienkie plasterki czosnek, w zależności od tego, czy chcesz go usunąć później, czy nie. Dodać pokrojoną dynię, dwie garście soczewicy, przyprawy oraz szklankę wody. Gotować przez około dwadzieścia minut, aż woda wyparuje prawie całkowicie, a soczewica zamieni się w masę.

Rozwałkować ciasto i wyciąć wiele elementów z formy w kształcie serca. Ułożyć serca na blasze do pieczenia. Na każde serce wyłożyć łyżkę przygotowanego farszu, po czym przykryć je drugim kawałkiem, lekko dociskając na brzegu, żeby je zamknąć.

Piec w temperaturze 200 °C przez około 20 minut. Można zostawić trochę farszu do dekoracji. Świetnie smakują, kiedy wystygną.

Przepis ze strony: veganwiz.com


04:37, iveggy , Przepisy
Link
sobota, 12 lutego 2011

Z wegańskiego bloga Diary of Dandelion Diva

 

Gdybyście mi powiedzieli kilka lat temu, że będę blogować na temat jedzenia, że będę się interesować – ale naprawdę naprawdę interesować – przyrządzaniem nowych przepisów i że kuchenny sprzęt (hej Vitamix!) znajdzie się na mojej "liście życzeń", to wyśmiałabym was.

Przez wiele lat byłam dość leniwą wegetarianką - mrożone pizze, nieciekawe kanapki, płatki śniadaniowe. I tym podobne. Jeśli tylko nie było w tym mięsa zwierząt, nic innego mi nie przeszkadzało.

Przejście na weganizm spowodowało wiele zmian w moim życiu – wszystkie pozytywne. W czasie weekendu rozmyślałam nad tym, że zaczęłam zwracać uwagę na to, co jem, tak pod kątem odżywczym jak i etycznym. Zaczęłam zastanawiać się nad smakami i konsystencją jedzenia oraz które potrawy pasują do siebie.

Podczas weekendu nastąpiła burza gotowania. Najpierw była zupa z białej fasoli z jarmużem i krakersami. Potem muffiny marchewkowo rodzynkowe z mojej najulubieńszej książki kucharskiej Vegan with a Vengeance.

W sobotę wybraliśmy się na rynek, żeby zrobić zapasy warzyw i innych smakołyków. (Warzywa były dla nas i dla naszego królika Jill!). Na rynku zatrzymaliśmy się przy stoisku piekarni Rise Above i kupiliśmy niesamowite czekoladowe rogaliki – o tak, wegańskie! Dobry Boże. Były takie pyszne! Następnie zatrzymaliśmy się przy stoisku z żywnością ekologiczną Truly Organic Foods i pogawędziliśmy z Lee-Ann. Kupiliśmy u niej „wzmacniacz sałatkowy” i olej kokosowy. Domyślałam się co prawda, że wzmacniaczem należy posypać sałatkę, ale co do oleju kokosowego, to nie byłam taka pewna. Okazało się, że istnieje cały świat cudowności oleju kokosowego, który czeka na stworzenie! Marlie przysłała mi przepis na musli z olejem kokosowym, więc musiałam je zrobić dzisiaj. W całym domu pachniało pieczonym kokosem.


Na obiad w końcu wypróbowałam przepis, o którym marzyłam od wieków, makaron z kremowym sosem pomidorowo bazyliowym, z książki "Vegan Yum Yum". O rany! (notka: podziwiam przepis, nie moje gotowanie.) Ten przepis dołączy do moich ulubionych. Nadal zadziwia mnie wszechstronność orzechów.

Zostaliśmy również zaproszeni na wspaniały niedzielny lunch. (Dzięki Crista & Dylan!) Czy jest lepszy sposób, aby cieszyć się dobrymi wegańskimi potrawami niż zjedzenie ich wspólnie z przyjaciółmi?! Poważnie rozważam założenie wegańskiego klubu, którego członkowie będą jeść niedzielny lunch co miesiąc w innym domu. Są jacyś chętni?

02:26, iveggy , Samo życie
Link
piątek, 11 lutego 2011

 

 

Lorri Houston, założycielka Animal Acres, uważana jest za pionierkę, która zapoczątkowała zakładanie sanktuariów dla zwierząt hodowlanych w USA. W 1986 roku, Lorri wspólnie z Gene Baurem, założyła Farm Sanctuary, pierwsze w USA sanktuarium dla zwierząt hodowlanych. Przez 18 lat zajmowała się akcjami ratowania oraz zbieraniem funduszy.

Tysiące zwierząt uniknęło okrucieństwa farm przemysłowych i rzeźni dzięki temu przedsięwzięciu. Jednocześnie prowadzono akcję uświadamiania społeczeństwa na temat losu zwierząt wykorzystywanych w „produkcji żywności”.

Lorri: ,,W 1986 roku znalazłam na stosie martwych zwierząt żywą owcę, i uratowanie jej przyczyniło się do otwarcia pierwszego w kraju schroniska dla zwierząt hodowlanych. Owca miała na imię Hilda i była moją pierwszą nauczycielką. To ona zaprowadziła mnie na ścieżkę ratowania tysięcy cierpiących zwierząt i zapoczątkowania ruchu na rzecz budowy schronisk dla zwierząt hodowlanych.”

Dzisiaj na terenie USA istnieje ponad 30 sanktuariów dla zwierząt hodowlanych.

link



czwartek, 10 lutego 2011

 

Weganizm może się komuś wydawać ekstremalny. Ale ekstremalny jest sposób, w jaki traktujemy zwierzęta – od inseminacji, przez okaleczanie i eksploatację w hodowli aż do okrutnego zabijania. To jest ekstremalne. Dla mnie weganizm jest naturalnym sposobem życia, zgodą z własnym sumieniem i dążeniem do tego, by nie czynić innym tego, co dla mnie niemiłe. To całkiem naturalne, jak naturalne dla większości ludzi jest to, że nie zjedzą kota sąsiada, ani nie zabiją szczeniąt swojej suni, by zabrać jej mleko.

Jestem weganką od trzech lat, wegetarianką od kilkunastu. Decyzja o weganizmie nie nadeszła nagle, dojrzewałam do niej stopniowo mając za sobą dłuższe i krótsze okresy diety całkowicie roślinnej.

Jesteśmy ludźmi, a miarą naszego człowieczeństwa jest sposób odnoszenia się do słabszych istot – i ludzi, i zwierząt.  Kiedyś nie miałam pojęcia o zależności między produkcją mięsną a głodem na świecie. Czułam się zawsze bezradna wobec tego problemu. Nie powinniśmy z obojętnością przyjmować umierania z głodu przedstawicieli naszego gatunku, tym bardziej, jeśli ma to związek z naszymi wyborami. Teraz wiem, że odstawienie kotleta i przyjęcie diety roślinnej ma wielki wpływ na zmniejszenie głodu na świecie i przyniesienie ulgi środowisku, bowiem to właśnie mięso jest głównym powodem wycinania lasów, to właśnie mięso pochłania większość zbiorów zboża i soi, którymi można by nakarmić ludzi, to właśnie mięso powoduje zużycie większości zasobów wody, podczas gdy brakuje jej ludziom i zwierzętom żyjącym w naturze, to właśnie mięso jest główną przyczyną zatrucia zbiorników wodnych chemią, co odbija się na naszym zdrowiu.

Zastanawiam się, jakie byłyby skutki przyjęcia diety opartej na współczuciu przez wszystkich ludzi na Ziemi. Życie bez głodu, wojen,  agresji, rywalizacji… Życie w obfitości, bez pracowania ponad siły na to, by płacić swoimi podatkami na zbrojenia, policję, więziennictwo, służbę zdrowia,  masową rzeź niewinnych stworzeń, oczyszczanie wody. Czy naprawdę  największe szczęście da nam nowy samochód, droga biżuteria lub najmodniejszy ciuch? Czy nie byłoby głębszym i trwalszym szczęściem żyć na planecie, na której wszyscy są życzliwi dla siebie wzajemnie szanując każdy przejaw życia?

Zajadam się pachnącymi deserami owocowymi, wegańskimi lodami lub przepyszną wegańską bitą śmietaną bez kropli krwi i mam nadzieję, że coraz więcej ludzkich serc będzie się otwierało się na współczucie.

07:53, iveggy , Moja wegańska historia
Link
środa, 09 lutego 2011
wtorek, 08 lutego 2011

Magazyn Vegan Mainstream przeprowadził wywiad z amerykańskim zawodowym kierowcą wyścigowym Spencerem Pumpelly. Poniżej fragmenty tego wywiadu:


VM: Skąd wzięło się u ciebie zainteresowanie wyścigami samochodowymi? Kiedy po raz pierwszy wziąłeś udział w wyścigach?
Spencer: Po raz pierwszy zainteresowałem się tym sportem, kiedy miałem 19 lat. Mój ojciec był kierowcą i kiedy byłem w szkole średniej, jeździł w tej samej serii wyścigów, w których teraz biorę udział. Chodziłem na jego wszystkie wyścigi w tamtym czasie, i ziarno zostało zasiane, ale dopiero dużo później udało mi się znaleźć sposób, aby zacząć. Kiedy studiowałem na James Madison University w Harrisonburg, VA,  zapisałem się też do szkoły Skip Barber Racing School w Lime Rock, CT, gdzie nauczyłem się podstaw i wziąłem udział w moich pierwszych wyścigach. Po ukończeniu studiów podjąłem tam pracę jako instruktor, co umożliwiło mi uczestnictwo w profesjonalnych wyścigach. Teraz mam 36 lat i zaczynam 14 sezon wyścigów samochodowych na profesjonalnym poziomie.

VM: Od jak dawna jesteś weganinem?

Spencer: W końcu poszedłem na weganizm w sierpniu, po 8 latach bycia wegetarianinem. Jestem w trasie od 160 do 200 dni w  ciągu roku. Ze względu na podróże wydawało mi się, że mogę sobie pozwolić jedynie na wegetarianizm. Zawsze gdzieś głębiej uważałem, że weganizm to była właściwa droga, ale zakładałem, że byłoby to zbyt trudne. Jednak spróbowałem i już minęło sześć miesięcy.

Nasz zespół zamawia jedzenie w firmach cateringowych, co ułatwia mi przygotowywanie wegańskich posiłków. Mój kolega z zespołu też jest weganinem, tak że firmy cateringowe przyrządzają wegańskie potrawy dla nas obu. Ale gdy jestem w podróży, to na lotniskach czy zajazdach, może stać się to trudne. Jednak okazało się, że zawsze można znaleźć coś wegańskiego, i bez większego planowania można zjeść świetny posiłek.

VM: Jakie są twoje ulubione wegańskie dania?

Spencer: Kocham makaron z pełnej pszenicy. Kocham tofu. Rano, na torze wyścigowym, jem dużo pełnoziarnistych bułek z masłem orzechowym, a na lunch wrapy z awokado czy wege kanapki. Nasza firma cateringowa jest niesamowita i zawsze znajduje wegańskie wersje niemal wszystkiego, co tylko sobie możesz wyobrazić. Staramy się jeść zdrową, ekologiczną żywność, kiedy tylko możemy.

VM: Co skłoniło cię do przejścia na weganizm?

Spencer: Kilka lat temu mój ojciec miał dużo problemów z sercem. Zdałem sobie sprawę, że jesteśmy genetycznie podobni, więc zacząłem interesować się weganizmem z powodów zdrowotnych. Tak więc zaczęło się to z powodu zdrowia, ale kiedy pogrążyłem się w zbieraniu informacji na ten temat, dowiedziałem się o takich powodach przejścia na weganizm jak traktowanie zwierząt i wpływ hodowli na środowisko. Teraz widzę, że moja decyzja przejścia na weganizm ma największy związek z prawami dla zwierząt, ale dobre zdrowie i świetna forma fizyczna mają też duży udział.

VM: Jakie wyzwania stoją przed wegańskim kierowcą wyścigowym?

Spencer: W Świecie Wyścigów Samochodowych, który jest bardzo ,,macho”, czasami trudno jest wytłumaczyć ludziom, dlaczego dokonujesz pewnego wyboru, tak więc trzeba po prostu pozwolić, żeby samo jeżdżenie ich przekonało. Coraz więcej ludzi dowiaduje się o wegańskim stylu życia i rozumie, dlaczego podjąłem taką decyzję. Pomaga też to, że mój kolega z zespołu, który jest bardzo szybki, również jest weganinem.

Jedną z trudności w tym zawodzie jest to, że wiele ognioodpornych ubrań, które są obowiązkowe, często zawiera skórę. Przeważnie mogę znaleźć alternatywne wegańskie odpowiedniki, ale jedno, czego nie mogę znaleźć to zatwierdzone do wyścigów wegańskie buty. Znalazłem wreszcie rękawiczki, które są wegańskie, ale nadal dogaduję się z dostawcami, aby  zaczęli oferować wegańskie buty.


05:49, iveggy , Sport
Link Komentarze (1) »
poniedziałek, 07 lutego 2011

Na podstawie artykułu Simar Tate, Ethical Man


,,Ubranie ujawnia nie tylko to, jakie dana osoba ma poczucie estetyki, ale pokazuje również, na jakim znajduje się poziomie ewolucji." - Simar Tate

To prawda, czyż nie? Ktoś, kto bezsensownie spożywa części ciał zwierząt, nie tylko robi coś złego, ale również przekazuje wiele innym. Czy taki człowiek jest nieinteligentny czy po prostu nieświadomy? Jest konformistą lub tylko tradycjonalistą? Egoistyczny czy zwyczajnie leniwy? Powiedzmy sobie prawdę - ubieranie fragmentów zwierzęcia nie robi imponującego wrażenia.

Simar Tate natomiast robi duże wrażenie, ubierając się w sposób oświecony. Weganin od 4 lat, jest bardzo aktywny: pracuje w Domu Młodzieży Youngstown, pracuje w sklepie ze zdrową żywnością Whole Foods, jest wolontariuszem w wegańskim sklepie spożywczym w Seattle 'Sidecar for Pigs Peace' i prowadzi stronę z wiadomościami wegańskimi pt. 'Vegans Don't Bite'. Był też modelem dla wegańskiego sklepu online sprzedającego ekskluzywne koszulki Lion's Share Industries. Wieczorami występuje pod pseudonimem Derelict, i jego drugi hip-hopowy album ukaże się za kilka dni, 14 lutego.

 

niedziela, 06 lutego 2011

 

Kiedy ktoś ma imię, to trudno go zjeść

Jako dziecko miałam okazję zetknąć się nie tylko ze zwierzętami zwyczajowo trzymanymi przez ludzi w domu. Kiedy byłam kilkuletnim maluchem, na ogródku pojawił się prosiaczek Duduś, najweselsze stworzenie pod słońcem. Miał kokardkę na szyi, brykał jak szalony i przybiegał, kiedy go wołałam. Biegający prosiak był tak pocieszny, że nie dało się go nie kochać. Zaprzyjaźniliśmy się. Po kilku dniach okazało się, że Duduś z nami nie zostaje, a będzie mieszkał u sąsiada. Nie wiem ile czasu upłynęło, wiedziałam, że Duduś tam jest, ale był zamknięty i jeśli czasem go widziałam, to z daleka. Urósł. Pewnego dnia przerażający kwik rozdarł powietrze i wtedy zrozumiałam, co się stało…

Na podwórku mieliśmy mały kurnik, a w nim cztery kury. Moją ulubioną – Jagusię – sadzałam sobie na ręce. Była bardzo spokojna, łagodna i zdawała się rozumieć, co do niej mówię. Jagusia stawała się coraz słabsza i profilaktycznie zabito ją i zakopano, bo zjedzenie mięsa chorego zwierzęcia mogło się wiązać z jakimś ryzykiem. Kiedy kury zaczęły znosić mniej jajek, trafiły pod nóż. Zapowiedziałam kategorycznie, że nie zjem żadnej z tych kur i wszystkie zostały komuś oddane. Chyba nie tylko ja nie mogłabym przełknąć ich ciał.

Sąsiad hodował króliki. Chętnie tam zaglądałam. Dwa szczególnie śliczne ujęły mnie niezwykłą króliczą delikatnością. Bardzo chciałam móc jednego zabrać do domu, szczególnie tego srebrzystego. Mama się nie zgodziła. Nie rozumiałam w czym tkwi problem, więc zapytałam: ,,Dlaczego?’’ Odrzekła, że nie lubi króliczego mięsa. Brrr… Ja go chciałam jako przyjaciela, a nie jako pasztet.

Co za świat? Jak tu kochać zwierzęta jednocześnie wkładając ich ciała widelcem do buzi? Cmentarz. Brzuch to cmentarz, a usta to brama cmentarna. Szkoda, że nie uświadomiłam sobie tego od razu.

Weganizm pojawił się w moim życiu po ładnych paru latach od tych wydarzeń jako konieczność życia w zgodzie z samą sobą, ze swoim sumieniem, jako konieczność pogodzenia miłości do zwierząt z codziennym życiem. Mam nieodparte wrażenie, że Duduś, czy Jagusia chciały mi coś przekazać. I przekazały – niewidzialną, bezinteresowną miłość, której przez wiele dni nie umiałam odwzajemnić zwierzętom. Teraz jestem spokojna i szczęśliwa. Ale całkowity spokój odczuję, gdy ostatnia rzeźnia zostanie zamknięta.

 

sobota, 05 lutego 2011

Alex Arndt śpiewa napisaną przez siebie poruszającą piosenkę o wewnętrznej przemianie.

Tak bardzo mi przykro, że spowodowałem tyle bólu
Chcę jedynie, by wszystkie istoty żyły w pokoju
Nie mogę zmienić tego, co było wczoraj
Tak więc moja niewinność zaczyna się dzisiaj
Łzy bólu i niedowierzania
Rodzą się w moim sercu i toczą po policzkach
Kiedy oglądam pozbawioną miłości scenę
Na ekranie mojego komputera
Widzę słodkie zwierzęta bez głosu
Mordowane i przetwarzane, pozbawione wyboru
Świat rzezi jest tak bardzo pozbawiony miłości
W nim żadne cenne istnienie nie zachowa życia
Moja niewinność zaczyna się dzisiaj
To ślub, jaki dzisiaj złożyłem,
modląc się na klęczkach
Dziękuję Boże, że mnie błogosławisz
Wraz ze współczuciem dla wszystkich bijących serc
Moja niewinność zaczyna się dzisiaj
Teraz widzę to, czego nie wiedziałem
W każdym z nas istnieje coś, czego nigdy nie pokazujemy
Za zimnymi ścianami, ukrytymi przed widokiem
Trwa holokaust dla nich, dla mnie i dla ciebie
Wyobraź sobie te wszystkie karmiczne długi
Których pewnego dnia na Ziemi pożałujemy
Farmy przemysłowe, jakaż to cena do zapłacenia
Zabijają setki milionów w ciągu jednego dnia
Moja niewinność zaczyna się dzisiaj
To ślub, jaki dzisiaj złożyłem, modląc się na klęczkach
Dziękuję Boże, że mnie błogosławisz
Wraz ze współczuciem dla wszystkich bijących serc
Połączmy się ponownie z naszą niewinnością
To takie naturalne
chcieć żyć w pokoju
Globalne sanktuarium
gdzie wszystkie istoty żyją na wolności
Spoglądam we Wszechświat
i wiem, że Bóg chciał, żeby tak właśnie było
Moja niewinność zaczyna się dzisiaj
Moja niewinność zaczyna się dzisiaj
To ślub, jaki dzisiaj złożyłem,
modląc się na klęczkach
Dziękuję Boże, że mnie błogosławisz
Wraz ze współczuciem dla wszystkich bijących serc
Moja niewinność zaczyna się dzisiaj

 

 

02:56, iveggy , Muzyka
Link Komentarze (2) »
piątek, 04 lutego 2011

Kubuś i inni

Zapewne wszyscy znają Kubusia Puchatka – niedźwiadka, najbardziej ze wszystkiego lubi miodek. Ma przyjaciela Prosiaczka, który lubi jabłka i arbuzy, a Tygrysek przyjaźni się z królikiem i osłem kłapouchym i razem na wspólnych piknikach wcinają torciki i owoce.

To jest oczywiście bajka, ale dlaczego w bajkach zając nie zostaje schrupany przez wilka, lew simba zaprzyjaźnia się z dzioborożcem Zazu, surykatką Timonem i guźcem Pumbą i nie są oni dla niego pożywieniem? Czy jeśli z natury bylibyśmy mięsożerni, przeszkadzałoby nam pokazywanie naszym potomkom  oprawianie martwego zwierzęcia? Przecież lwica uczy lwiątka jak polować i ze smakiem w towarzystwie swoich dzieci rozszarpuje krwiste wnętrzności. My tego nie robimy, bo jesteśmy inteligentnym, empatycznym gatunkiem, stojącym wyżej w ewolucji niż myśliwi z plejstocenu. Wzruszamy się, kiedy dzieje się krzywda naszemu psu, czy kotu. W innych krajach ludzie hodują świnki, które zostały przyuczone do wyszukiwania kasztanów jadalnych (ale tam nie zjada się współpracowników).W innej kulturze krowy traktowane są jak święte i pozwala się im żyć do późnej starości. Oburzamy się, gdy w innych miejscach naszego globu ktoś zje psa lub kota, ale w innych krajach poczytane nam zostanie za bestialstwo sprzedawanie koni na rzeź. Jedni pływają z delfinami i potrafią oswoić orkę, a inni polują na nie w takich ilościach, że jest zagrożonym gatunkiem.

Jak wytłumaczyć to, że jedne zwierzęta są naszymi przyjaciółmi, a inne możemy zjeść. To tak, jak byśmy mogli zjadać po prostu obce nam osobniki, a ocalić tylko zaprzyjaźnione. A to też nie zawsze. Czasami jest przecież tak, że w gospodarstwie rodzi się na naszych oczach prosię, cielę, źrebię. Opiekujemy się nimi od dziecka, rosną w naszym domu, karmimy je, a ono nam ufa i nie przeczuwa nawet, że ta ufność do jemu bliskich opiekunów jest daremna. Czy my, inteligentni, cywilizowani ludzie, nie widzimy w tym braku sensu i logiki?

Nie jesteśmy drapieżnikami, ani nawet padlinożercami. Nikt z nas nie chciałby pokazać naszym wrażliwym dzieciom, skąd wziął się na ich talerzu „różowy pasterek szyneczki” – jaki proces poprzedził ten kawałek niewinnie wyglądającego pożywienia. Dodając do tego stres zabijanych zwierząt, ich choroby spowodowane niehumanitarna hodowlą, leczenie antybiotykami, moglibyśmy poddać pod rozwagę naszą dietę, która nie dosyć, ze nie odróżnia nas od pierwotnych ludów, to nie jest nawet zdrowa. A tak daleko, zdawałoby się, zaszliśmy w procesie cywilizacji…

środa, 02 lutego 2011

 

 

Kilkanaście lat temu spotkałam się z moją koleżanką, która przyjechała na parę tygodni z Tajwanu. Ja wtedy nie jadłam miodu, zresztą miodu nigdy nie lubiłam, ale weganie, których znałam, rzadko się miodem przejmowali. Wybierałyśmy razem ciastka do kawy i rozmowa jakoś zeszła na to, żeby na pewno nie miały miodu. Hei Mei, nauczycielka malarstwa, silna dziewczyna, krótko obcięta, studiowała wtedy reżyserię, nagle zaczęła ze łzami w oczach opowiadać mi, jak kiedyś zobaczyła, że zanim przefiltruje się miód, to pływają w nim martwe malutkie niedorosłe pszczółki. Już minęło tyle lat, a ja za każdym razem, kiedy patrzę na słoik miodu, to widzę te malutkie pszczółki, które trzeba odfiltrować i zawsze robi mi się smutno.

Zebrałam więc kilka faktów na temat produkcji miodu:

Miód jest zwykle zabierany z ula wiosną i jesienią. Jesienią pszczelarze zastępują miód białym syropem z cukru - małowartościową formą żywności dla pszczół - albo zabijają całą kolonię, żeby uniknąć zajmowania się ulami w ciągu zimy.

Aby zebrać miód, pszczoły wyrzuca się siłą z ich własnego domu. Ewakuacji pszczół dokonuje się za pomocą wkładania do ula silnej dmuchawy, dymu, trzęsienia ulem, stosuje się też inne środki odstraszające, a podczas tego procesu często pszczoły zostają zmiażdżone lub zabite (w tym larwy i jaja).

Podczas bezproduktywnych miesięcy, ule czasami są spalane, jeśli pszczoły zachorują na pszczelą chorobę zakaźną z powodu nadmiernego rozmnażania.

Przemysłowa produkcja miodu:

Zwykle myśląc o farmach pszczelich, przychodzi nam na myśl kilka pszczół latających niedaleko domu. Ale prawda jest taka, że pszczoły hodowane na farmach żyją w podobnych warunkach jak inne zwierzęta na farmach przemysłowych.

Tysiące pszczół umieszcza się w małych pomieszczeniach, a kiedy zajdzie potrzeba, obezwładnia się je lub oddziela od koloni.

W naturalnym środowisku pszczoła królowa kontroluje swój ul, wybierając dogodne miejsce oraz decyduje o ilości jaj, jakie złoży. W przemysłowej eksploatacji pszczół, pszczelarz manipuluje królową, aby utrzymać wysoką produkcję miodu. Królowe są sztucznie zapładniane spermą pobraną od samców. Samcowi miażdży się głowę i przednią część tułowia, co zmusza go do uwolnienia spermy. Spermę z kilku samców zbiera się w strzykawce, którą później zapładnia się królową.

Królowa pszczół w naturalnych warunkach żyje do pięciu lat, ale większość z nich zostaje zabita po roku. Wielu pszczelarzy obcina królowej skrzydła lub umieszcza ją w klatce zwanej "odosobnienie dla królowej", aby nie pozwolić jej odlecieć wraz z całą kolonią.

Naprawdę nie jest możliwe niestosowanie brutalnych metod wobec pszczół w przemysłowej produkcji miodu.

A czym dokładnie jest miód? Cóż, miód powstaje, kiedy pszczoły jedzą nektar z kwiatów, trawią go, a następnie zwracają. Za każdym razem, kiedy to robią, osładzają nektar poprzez rozkładanie cukru na formy prostsze, a następnie rozpościerają go w ulu tak, aby ciepło słoneczne odparowało wodę. Miód to jest dosłownie materia wypluwana przez pszczoły.

link

link

link

wtorek, 01 lutego 2011

Dzisiaj następna wegańska historia:

Jestem weganką podobnie jak moje dziecko i pies.

Czujemy się świetnie, jesteśmy zdrowe i mam przekonanie, że tędy droga dla świata.

Wychowujemy się z reguły w rodzinach, w których rodzice pełni poświęcenia dla swoich pociech większym lub mniejszym wysiłkiem zapełniają talerze wędlinami i mięsem, żeby dzieciom nic nie brakowało i chowały się zdrowo.

Taki model został nam wpojony przez lekarzy i media.

Mimo że już od dawna nauka dostarcza dowodów jakim błogosławieństwem dla zdrowia jest wegańska dieta, wpojony stereotyp i przyzwyczajenie blokuje przed dokonaniem zmian.

Często musi się zdarzyć coś okropnego w życiu, co wstrząśnie jego podstawą, jak choroba czy śmierć kogoś bliskiego, abyśmy znaleźli chwilę na zastanowienie, że czas na zmiany!

Gonitwa za materią i pragnienie życia w dobrobycie zupełnie przesłoniło nam obraz kim jesteśmy.

A jesteśmy pięknymi istotami i nie godzi nam się zjadać po barbarzyńsku innych istot zasiedlających razem z nami tą planetę i zadawać  im cierpień.

Czas by piękne istoty z szacunkiem dla Matki Ziemi naprawiły to co popsuły w czasie swojego  rozwoju.

Czas by piękne istoty poczuły, że stanowią jedno z naturą i obowiązkiem ich jest dbać o nią z wzajemną korzyścią.

Piękne istoty z planety Ziemia mają otwarte serca i umysły na najwyższe i najprostsze wartości: miłość i współczucie.

To nie są mrzonki tylko najczystsza prawda, którą możemy tak łatwo wprowadzić w życie kładąc współczucie na talerzu.


Wybierz Weganizm Wybierz Weganizm Wybierz Weganizm