Samo życie

środa, 30 listopada 2011

Tłumaczenie fragmentu artykułu: Vegan revelation -lesson in compassion

 

Przyjęcie trwało. Kilka tanecznych zawirowań w moich stylowych plastikórzanych butach i nadszedł czas na tort. Zaśpiewaliśmy, dopingując, kiedy solenizant dmuchał w świeczki, bo ten człowiek i jego życie warte były celebracji. Chwyciłam torebkę i skierowałam się do łazienki. Tam jakaś nastolatka podziwiając kolor i kształt torby, spytała: "Gdzie ją kupiłaś?" I znowu nadarzyła się okazja promowania mojej następnej "pozbawionej okrucieństwa" obsesji - zakupów. Opowiedziałam jej o wegańskich stronach internetowych, które często odwiedzam. I ponownie zaskoczyło mnie, jak przyjaźnie te informacje zostały odebrane.

Życząc nastolatce dobrej zabawy podryfowałam do stołu z deserami. Z entuzjazmem napełniłam talerz ananasami, truskawkami i jagodami. Mój mąż z tyłu z uporem przyglądał się moim truskawkom. "Weź sobie swoje." ostrzegłam.
"Kawa?" zapytał.
"Tak, poproszę. Czarną. "
Zaniosłam talerz do naszego stolika. Przyjęcie teraz już się zupełnie rozkręciło, większość ludzi tańczyła czy też gawędziła w grupkach. Wraz z pierwszym kęsem ananasa przypominałam sobie, jak bardzo kocham lato. Moje rozmyślania przerwała uwaga innej znajomej: "Och, jesz tak zdrowo!"
"Cóż, jeśli ten tort nie miałby mleka i jajek, to zapewniam cię, że bym go też jadła."

"Och, racja." - odpowiedziała z poważnym wyrazem twarzy. "Naprawdę łatwo zapominamy, co w rzeczywistości jemy."

"Tak".
"Nie, mówię poważnie. Naprawdę podziwiam twoje zaangażowanie. To niesamowite." Naprawdę tak uważała.

Choć nadal wszędzie zbyt często można napotkać dobrych, serdecznych ludzi biorących udział w odrażającej praktyce okrucieństwa nad zwierzętami - powiedzmy sobie szczerze, morderstwie - ta kobieta nie należy do tych, którzy zasługują na mój gniew.

Ale to codzienne wyzwanie dla zaangażowanych, etycznych wegan. Niezaprzeczalną prawdą jest to, że dopóki nie nastąpi zmiana, miliardy żyjących istot będzie zabijanych. Większość dni czuję się jak w szaleństwie. Co jeszcze mogę zrobić? Jak ja, w moim małym zakątku wszechświata, mogę pomóc w ratowaniu życia tych, którzy w moich oczach nie różnią się ode mnie? Kładę się spać każdej nocy ze zmarszczonymi brwiami, a zmarszczki rozpaczy wpisały się w moją wciąż młodą twarz. Odmawiam cichą modlitwę, aby się nie załamać pod ciężarem mojego osobistego objawienia: "Proszę, pomóż mi mieć współczucie dla tych, którzy jeszcze nie zobaczyli. "
Bo przecież jak walczyć o współczucie dla innych, bez żadnego współczucia? Nie zawsze jest to łatwe. A zwierzęta umierają codziennie. Jedno jednak, co wiem na pewno, to to, że rozwiązanie nie jest pozbawione pokoju.


wtorek, 29 listopada 2011

Tłumaczenie fragmentu artykułu: Vegan revelation -lesson in compassion

 

 

Nie oślepił mnie zapierający dech w piersiach widok zatoki Long Island Sound, ani uroczysty wystrój z okazji urodzin naszego znajomego, ale stół, na którym leżał kawał mięsa oświetlony czerwoną lampą nagrzewającą, przy którym ludzie ustawili się w kolejce. Z drżeniem skierowałam się w stronę barku.

"Rozumiem cię." powiedział mój mąż, dokładnie oceniając mój dyskomfort.

"Szczerze mówiąc, nie sądzę, żebym mogła dalej zadawać się z nie-weganami. To staje się dla mnie zbyt trudne. "

Nie po raz pierwszy wypowiedziałam tę opinię, i nie po raz ostatni. Ten mądry mężczyzna, w którym się zakochałam, mój mąż, uspokoił mnie: "Nie możesz po prostu wyrzucić ludzi ze swojego życia, tylko dlatego, że jedzą mięso. Mnie to się też nie podoba. Czego chcesz się na pić? "

On jest taki dobry. "Wódka, z sokiem żurawinowym," odszczeknęłam z irytacją, która zagrażała wybuchem. Oba drinki są wegańskie, dodam.

Przyjęcie trwało, a ja świadomie omijałam szczątki zwłok. Wreszcie zauważyłam jak nad wodą osiada słońce. Nadrabiając zaległości ze starymi przyjaciółmi na chwilę zapomniałam o niesprawiedliwościach tego świata, a potem zaczęto serwować kolację. Razem z moim mężem skierowaliśmy się do bufetu. Odwracając oczy od produktów rzeźnych, napełniliśmy talerze świeżą sałatką, warzywami z grilla, pieczonymi ziemniakami i brokułami gotowanymi na parze.

Zapamiętałam sobie, żeby podziękować gospodarzom za to, że ułożyli menu mając nas na uwadze. Jak zwykle, mój roślinny posiłek dał mi poczucie sytości i spełnienia. Spoglądając znad talerz,a zauważyłam, że znajoma sporządza inwentaryzację mojego talerza.

"Och, ty nadal jesteś wegetarianką?" - zapytała.

W jej tonie nie było krytyki, a nawet brzmiała entuzjastycznie.

"Tak, w rzeczywistości jestem weganką."

Wyglądało, że na mojej sukni pojawiła się szkarłatna litera S. Wszystkie oczy skierowały się na mnie, kiedy połykałam następny kawałek brokuł.

"To jest takie zdrowe." - szczerze odpowiedziała, z szeroko otwartymi oczami.

Pokiwałam głową i uśmiechnęłam się, niechętna do dyskusji na temat mojego weganizmu przy stole pełnego drapieżników. Nie chodziło o to, że nie byłam przygotowana. Wręcz przeciwnie, zawsze jestem uzbrojona w niezliczone fakty i dane statystyczne na temat korzyści płynących z przyjęcia wegańskiego stylu życia, na temat problemów moralnych, które otaczają hodowlę przemysłową i konsumpcję zwierząt, jak również liczne, pozytywne skutki diety wegańskiej na środowisko.

Po prostu, nauczyłam się wybierać moją platformę i moje bitwy. Tej bitwy bym nie wygrała.

Niespodziewanie, inna przyjaciółka szczerze zapytała: "Jaka jest różnica między wegetarianinem i weganinem?" Spojrzałam jej w oczy, zauważając równocześnie, że wszyscy przy stole zwrócili na nas swoją uwagę.

Aby nie przegapić okazji, by tych poważnie zainteresowanych zapoznać z weganizmem, wyjaśniłam:

"Wraz z nie jedzeniem mięsa, nie spożywam żadnych zwierzęcych produktów. Takich jak jaja, mleko, masło i ser. Dodatkowo, nie noszę skóry ani wełny, ani nie używam produktów, które były testowane na zwierzętach, lub takich, które zawierają cokolwiek pochodzenia zwierzęcego. "

"Jak co?"

"Kosmetyki, szampony, odżywki, pasty do zębów, klej, lista jest długa. Nie używam niczego, co pochodzi od zwierząt, w jakikolwiek sposób. "

"Co ty więc jesz? Dużo makaronu, chyba? "

"Nie, właściwie to prawie nigdy nie jem makaronu. Chociaż makaron jest zwykle moim wyborem, kiedy jem w bardziej tradycyjnych restauracjach. "

Mój cudownie wspierający, "pozbawiony okrucieństwa", kochający zwierzęta mąż zawtórował mi: "Etniczna żywność, tajska, chińska i indyjska są świetnymi alternatywami, nawet meksykańska, jeśli zamówicie ją bez sera czy śmietany. Naprawdę, nie jest to tak trudne, jak mogłoby się wydawać. "

Rozmowa zeszła na entuzjastyczne recenzje etnicznych dań, biorąc pod uwagę mnie, za co byłam wdzięczna. Ścisnęłam udo mojego męża i sowicie go pocałowałam w policzek. Jestem z niego taka dumna; nowy weganin - jest dowodem na to, że każdy może dokonać zmiany, wystarczy chcieć. Kocham go za to, że mu tak zależy.

(jutro dokończenie)



18:28, iveggy , Samo życie
Link
poniedziałek, 17 października 2011

 

Przeważnie ludzie, którzy nawet rozważają możliwość przejścia na weganizm, zastanawiają się: oj, a co z moją ukochaną kawą latte? Doskonałe latte można zrobić z mleka sojowego (czy innego, np. ryżowego, migdałowego etc.). Ja robię z sojowego. Parę tygodni temu kupiłam eskspres. Tak bardzo chciałam mieć ekspres już od kilku lat. I udało mi się wreszcie kupić - tylko dlatego, że był tani, z drugiej... nie, nawet nie z drugiej, ale z  trzeciej ręki.

Przyznaję się, że do mleka, zanim zostanie spienione za pomocą silnej pary, dodaję trochę cukru. Och, kawa z ekspresu z mleczkiem sojowym...


Pijąc taką kawę, bez podświadomego poczucia winy, że mleczko pochodzi od jakiejś nieszczęśliwej istoty, która straciła swojego cielaka, można autentycznie się zrelaksować i pozytywnie kontynuować swój dzień.

Dodam, że nie reklamuję picia kawy. Nigdy kawy w zasadzie nie lubiłam, aż do momentu, kiedy zaczęłam pracować w dość stresującym miejscu i kawa stała się rytuałem, od którego zaczynało się dzień pracy. Kilka miesięcy temu "nadludzkim wysiłkiem" powiedziałam kawie do widzenia. Niestety ten ekspres z trzeciej ręki się napatoczył... no i teraz popijam sobie takie właśnie fajne latte...



A poniżej zdjęcie mojego jak najbardziej wegańskiego psa.... On po prostu uwielbia jazdę samochodem, i jak widzi, że zakładam buty, to stoi przy mnie aż zmięknie mi serce...


poniedziałek, 25 lipca 2011

 

Edukacja domowa to według mnie jedyny sposób na wychowanie zdrowych i psychicznie zrównoważonych dzieci. Oczywiście nie każdy się ze mną zgodzi. Ale dzisiejszy wpis jest tłumaczeniem bloga Taylor Wells, która nie tylko karmi swoje dzieci surową organiczną dietą wegańską, ale także kształci je w domu. Już kiedyś tłumaczyłam jeden z jej wpisów, który można znaleźć tutaj.


 

Taylor Wells

 

"Dzisiaj mamy jutro, o które martwiliśmy się wczoraj."

-autor nieznany

 

We wrześniu 2009 roku wyruszyłam na dwie spektakularne wyprawy. Pierwsza - ciąża z bliźniakami na surowej diecie wegańskiej i druga - kształcenie dzieci w ramach edukacji domowej.

Był to pierwszy rok edukacji domowej, tak więc udałam się do AC Moore, żeby kupić potrzebne materiały. Wyczyściłam cały sklep ze wszelkich materiałów edukacyjnych, wcale nie żartuję. Nigdy przedtem nie edukowałam nikogo w domu i chciałam być przygotowana! Wybierałam rzeczy, jakie kupują nauczyciele i upajałam się każdą minutą zakupów (poza skrajnym uczuciem mdłości i zmęczeniem, z powodu "wyprawy pierwszej".)

Kupiłam naprawdę fajny komplet kalendarzowy, złożony z miliona małych elementów, które można było przyczepiać do kalendarza: daty, dni tygodnia, zdjęcia z wakacji itd. Był tam też obrazek z pogodą. Ten ogromny kalendarz służący do domowej edukacji był genialny. Byłam podekscytowana.

Kiedy jedna z naszych koordynatorów ze Studia Prana wybierała się do Staples (sieć sklepów z przyborami biurowymi), poprosiłam, żeby przy okazji olaminowała kalendarz, bo będzie nam potrzebny przez wiele lat. Zgodziła się i zabrała go ze sobą.

Kilka dni później zadzwoniła do mnie, mówiąc, że Staples "zgubił nasz komplet kalendarzowy". Hm? Byłam zakłopotana. Ona też. Staples zgubił nasze zamówienie, nasz ogromny kalendarz.

To było dziwne. Jak można zgubić zamówienie? Staples wyjaśnił, że ktoś inny odebrał go przez pomyłkę. Któż wziąłby ogromny kalendarz przez pomyłkę i nie zwrócił go? Hmmmmm.

"Nie szkodzi, mogą go odkupić i oprawić w laminat za darmo" - powiedziałam naszej pani koordynator i ona zgodziła się. Pojechałyśmy do AC Moore i jak się domyślacie, kalendarzy już nie było. Ani jednego. Zaczęłam szukać w internecie, ale nie mogłam go znaleźć. Znalazłam 3 inne podobne kalendarze i kupiłam je wszystkie. Razem stanowiły podobny zestaw do tego, który został zgubiony.

Po olaminowaniu, ułożenie tych wszystkich (milionów) małych plastikowych części stanowiło wyzwanie. Ojej. A w dodatku dzień za dniem, bez znaczenia, ile razy przypominałam Sagey (5 lat) i Phoenixowi (2 lata), oni po prostu nie chcieli o tym słyszeć. Dzień i miesiąc pokazały się na nim jedynie wtedy, kiedy supermama zrobiła to sama.

Ale ja się upierałam. "Tyle wysiłku włożyłam w sprowadzenie tego kalendarza i będziemy z niego korzystać!" - mówiłam sama do siebie z grymasem.

Trzy miesiące później przeprowadziliśmy się parę kilometrów dalej i przy okazji rozdałam mnóstwo przedmiotów, ale ten duży kalendarz spakowałam razem z naszymi rzeczami. Powiesiłam go w naszym pokoju do zabaw na parterze. Jednak bez znaczenia, co mówiłam i robiłam, to dzieciom on zupełnie nie podchodził. Cała edukacja domowa bardzo dobrze przebiegała i dzieci były bardzo entuzjastyczne. Tylko nie pasował im ten ogromny kalendarz. Do którego supermama… no cóż… była przywiązana, prawdę mówiąc ;) Miał on taki "szkolny styl!"

Krótko mówiąc (a przynajmniej nie tak długo), wczoraj wieczorem pozbyłam się go. Razem ze wszystkimi małymi elementami. Minęły już 2 pełne lata szkoły domowej, a kalendarz nie spełniał żadnej funkcji, z wyjątkiem irytowania mnie, kiedy zauważałam, że nikt go nie dotyka. Wszystkie inne przedmioty edukacyjne dzieci używały codziennie, ale ten kalendarz zupełnie im nie leżał.

Być może powinnam zauważyć, kiedy Wszechświat wszelkimi sposobami starał się nie wpuścić go do mojego domu. Ale nie, ja się uparłam: "Ja MUSZĘ mieć ten ogromny komplet kalendarzowy." LOL

Tak więc, czy w swoim życiu z uporem o coś się zmagasz, mimo że płyniesz pod prąd? Nie możesz z tego zrezygnować? Pomyśl tylko o tym ogromnym kalendarzu, uśmiechnij się i daj sobie spokój.

Życzę wam najlepszego dnia w życiu!

Namaste!

 

Taylor plus 5

 



06:46, iveggy , Samo życie
Link
środa, 13 kwietnia 2011

Tłumaczenie z  BostonHerald.com/blogs

Cytat dnia:

"Uśmiechnij się, weź głęboki oddech i zacznij od nowa."

-Taylor Wells

Wczoraj rano obudziłam się w genialnym nastroju. Zanim położyłam się spać, medytowałam w łóżku i wizualizowałam skończony właśnie dzień, czując wdzięczność za wszystkie dary, które ofiarował mi Wszechświat, i wizualizowałam także nadchodzący dzień, dokładnie tak, jak bym chciała, żeby się potoczył.

Nakarmiłam piersią moje 11-miesięczne bliźnięta, przygotowałam surowe wegańskie śniadanie dla trójki moich dużych dzieci (13, 7 i 4) i wyglądało na to, że wyjdę w porę, aby zdążyć na sesję Jogi Pranicznej, która zaczynała się o 9.30.

Przytuliłam na pożegnanie dzieci (opiekujemy się nimi na zmianę z Filipem), ale kiedy pożegnałam się z Phoenixem (4-letnim), zauważyłam na moim żakiecie rozmazaną surową czekoladę (jadł na śniadanie surowy czekoladowy budyń).  W tym samym momencie Sagey (7-letnia) zaczęła płakać, że zniszczyła sukienkę swojej lalce, skracając ją nożyczkami. Podsumowując, spokojny i harmonijny poranek zaczął się zmieniać niemal tak szybko jak spódniczka lalki Sagey. Nie spanikowałam. Dzięki wieloletniemu treningowi jogi, zachowałam spokój, ale moje dzieci tak są ze mną połączone, że od razu wyczuły zmianę mojej energii.

Dużo nauczyłam się na macie jogicznej przez tyle lat, tak więc wyszłam do przedsionka i zaczęłam robić wdechy i wydechy. Potem założyłam buty, zawiązałam sznurówki. Spokojniejsza i łagodniejsza mama weszła z powrotem do kuchni. Uściskałam i ucałowałam moje dzieci ponownie, mówiąc, że przykro mi, że moja energia była nie najlepsza. Wyjaśniłam im, że problemem była energia mamusi, a nie oni. Że smarowanie czekoladą mojego żakietu jest w porządku, tak samo jak i obcinanie spódnic lalkom, i że nie robimy żadnych błędów – ale uczymy się i rozwijamy.

Joga ma na celu nauczenie nas, aby podchodzić do każdej przygody z godnością i dojrzałością, nawet jeśli nie wszystko pójdzie zgodnie z planem. To wszystko im powiedziałam, mimo że oni z tego zrozumieli tylko „Mamusia się na nas nie gniewa”. Zawsze staram się zasadzić w nich nasionko. Ty też, bez znaczenia, co robisz, czy gdzie jesteś - ludzie przyglądają się. Ludzie uczą się od ciebie. Ty sadzisz nasionka.

To jest właśnie joga. To jest bycie „supermamą”. Nie chodzi o doskonałość, ale o to, aby wziąć głęboki oddech i zacząć od nowa – od nowa i od nowa. Będąc ludzkim. Będąc prawdziwym.

Dobrego dnia wam życzę.

Namaste!

Taylor plus 5

Strona supermamy Taylor Wells: http://www.super-mom.com/super-whatever

 

Tagi: weganizm
06:12, iveggy , Samo życie
Link
sobota, 12 lutego 2011

Z wegańskiego bloga Diary of Dandelion Diva

 

Gdybyście mi powiedzieli kilka lat temu, że będę blogować na temat jedzenia, że będę się interesować – ale naprawdę naprawdę interesować – przyrządzaniem nowych przepisów i że kuchenny sprzęt (hej Vitamix!) znajdzie się na mojej "liście życzeń", to wyśmiałabym was.

Przez wiele lat byłam dość leniwą wegetarianką - mrożone pizze, nieciekawe kanapki, płatki śniadaniowe. I tym podobne. Jeśli tylko nie było w tym mięsa zwierząt, nic innego mi nie przeszkadzało.

Przejście na weganizm spowodowało wiele zmian w moim życiu – wszystkie pozytywne. W czasie weekendu rozmyślałam nad tym, że zaczęłam zwracać uwagę na to, co jem, tak pod kątem odżywczym jak i etycznym. Zaczęłam zastanawiać się nad smakami i konsystencją jedzenia oraz które potrawy pasują do siebie.

Podczas weekendu nastąpiła burza gotowania. Najpierw była zupa z białej fasoli z jarmużem i krakersami. Potem muffiny marchewkowo rodzynkowe z mojej najulubieńszej książki kucharskiej Vegan with a Vengeance.

W sobotę wybraliśmy się na rynek, żeby zrobić zapasy warzyw i innych smakołyków. (Warzywa były dla nas i dla naszego królika Jill!). Na rynku zatrzymaliśmy się przy stoisku piekarni Rise Above i kupiliśmy niesamowite czekoladowe rogaliki – o tak, wegańskie! Dobry Boże. Były takie pyszne! Następnie zatrzymaliśmy się przy stoisku z żywnością ekologiczną Truly Organic Foods i pogawędziliśmy z Lee-Ann. Kupiliśmy u niej „wzmacniacz sałatkowy” i olej kokosowy. Domyślałam się co prawda, że wzmacniaczem należy posypać sałatkę, ale co do oleju kokosowego, to nie byłam taka pewna. Okazało się, że istnieje cały świat cudowności oleju kokosowego, który czeka na stworzenie! Marlie przysłała mi przepis na musli z olejem kokosowym, więc musiałam je zrobić dzisiaj. W całym domu pachniało pieczonym kokosem.


Na obiad w końcu wypróbowałam przepis, o którym marzyłam od wieków, makaron z kremowym sosem pomidorowo bazyliowym, z książki "Vegan Yum Yum". O rany! (notka: podziwiam przepis, nie moje gotowanie.) Ten przepis dołączy do moich ulubionych. Nadal zadziwia mnie wszechstronność orzechów.

Zostaliśmy również zaproszeni na wspaniały niedzielny lunch. (Dzięki Crista & Dylan!) Czy jest lepszy sposób, aby cieszyć się dobrymi wegańskimi potrawami niż zjedzenie ich wspólnie z przyjaciółmi?! Poważnie rozważam założenie wegańskiego klubu, którego członkowie będą jeść niedzielny lunch co miesiąc w innym domu. Są jacyś chętni?

02:26, iveggy , Samo życie
Link
sobota, 16 października 2010

Dzisiaj trochę nietypowe króciutkie tłumaczenie. Większość tekstów na tym blogu przedstawia kobiecy punkt widzenia, tak więc na pewno przyda się zjangizować atmosferę.

Autor tego bloga tak pisze o sobie w profilu: Jestem (na to wygląda) chodzącym zaprzeczeniem. Finansowo i społecznie należę do konserwatystów, ale w sprawach ekologii jestem postępowy, i nie jestem chrześcijaninem. Coraz bardziej podoba mi się filozofia abolicjonistyczna. Zobaczymy, co z tego wyniknie. Nie jestem tak aktywnym wegańskim działaczem, jakim powinienem być, ale uważam, że ten blog pomoże mi zacząć, i kiedy uda mi się posegregować moje myśli, będę mógł pewne pomysły wykorzystać w działaniu.

Właśnie się zastanawiałem, jak dużo bardziej działają na mnie kobiety weganki niż mięsożerne. Prawdę mówiąc, ja nawet nie powinienem brać pod uwagę związku seksualnego czy innego z mięsojadką, ponieważ dokonałem wyboru bycia weganinem tak z powodów moralnych jak i zdrowotnych czy środowiskowych. Nie mogę „dać tego” kobiecie, która nie ma zdolności myślenia o czymkolwiek innym poza sobą. Wegankom zależy!

Parę dni temu pewna kobieta powiedziała mi, że ja się ograniczam, ponieważ jestem w punkcie, że nie mógłbym pocałować się, nie mówiąc już o czymś więcej, z kobietą, która je mięso. Powiedziała mi, że ja nie mogę dyktować kobiecie, co ona może, a czego nie może jeść. Odpowiedziałem: „może to i prawda, ale ja na pewno mogę zadecydować, czy ona będzie czy nie będzie ze mną.” Weganki i tak smakują lepiej. Mnóstwo miłości przesyłam wam wszystkim Wegańskie Boginie. Bryan.

link

04:19, iveggy , Samo życie
Link
środa, 15 września 2010

Tak, mój cały dom jest wegański. Rodzina, zwierzaki, wszyscy są weganami. Oprócz kogutów, uratowanych z lasu kilka miesięcy temu.

Cztery koguty, które śpią w dużej wyłożonej słomą budzie dla psa, w której wmontowaliśmy wysoką półkę, którą one uwielbiają. Tak więc te koguty nie są weganami. Spacerują naokoło domu i wygrzebują robaczki z ziemi. Poza tym ich ulubionym zajęciem jest bieganie za mną i dziobanie mnie w pięty. Czasami też dają mi coś ekstra w postaci solidnego kopniaka swoimi kung-fu stopkami z ostrym pazurkiem na końcu. Nie mogę powiedzieć, żebym była zachwycona. Ale już się przyzwyczaiłam, że wydzierają dzioby o 4 rano, potem znowu o 8 czy 9, po czym jest względna cisza aż do wieczora. Jedzą mieszankę z roślinnego białka i kruszoną kukurydzę. Ale po prostu uwielbiają jarmuż, który rośnie w ogródku. Zresztą nie tylko one. Cały ten organiczny ogródek to świetna stołówka dla ślimaków, zielonych gąsienic i myszy, które wyjadają wszystkie dojrzałe pomidory. Tak więc zostaje mi zrywać zielone. Kładę je na oknie, żeby dojrzały w domu. Ale wracajmy do tłumaczenia  tego króciutkiego tekstu, który zmusił mnie do refleksji nad życiem :)

 

Tłumaczenie tekstu z LivinVeg

Od redakcji: Gościnny wpis w LivinVeg bloggerki Laury Orban.

From Being Veg To Keeping A Veg Only House” (Od bycia wege do ścisłego wege-domu)

Ilu z nas nie je mięsa, ale pozwala, żeby inni ludzie jedli mięso w naszym domu? Ilu z nas nie je mięsa, ale przygotowuje je dla rodziny i znajomych?

Będąc mniejszością wege wśród moich najbliższych, ja dokładnie tak postępowałam przez wiele lat.

W marcu razem z mężem obejrzeliśmy na HBO program pt. Death On a Factory Farm (Śmierć na farmie przemysłowej). Byliśmy w sanktuarium dla zwierząt hodowlanych, widzieliśmy widea z farm przemysłowych. Przeczytałam wiele książek na temat praw zwierząt i weganizmu. Ale kiedy zobaczyłam, z jaką pogardą traktowane są te świnie i potem wieszane na łańcuchu… Nie miałam już zamiaru przeznaczyć ani grosza na ten przemysł, bez znaczenia, czy produkt trafiał do moich ust czy nie.

Następnego dnia, robiąc zakupy na przyszłe spotkanie na wolnym powietrzu, kupiliśmy tylko wege-burgery. To wtedy nasz dom stał się bez-mięsny. Niektórzy ludzie byli przyjaźni, z entuzjazmem próbowali wszystkiego, co przygotowaliśmy. Inni, którzy zawsze przygotowują dla mnie wegańskie jedzenie w ich domu, byli jawnie niezadowoleni perspektywą braku mięsa w moim domu.

Przecież katolicy nie jedzą mięsa w piątki podczas postu. Czasami mięsożercy jedzą makaron, prawda? Według mnie, jeśli oni jedli u mnie w domu raz w miesiącu, to znaczy, że nie jedli mięsnego posiłku 12 razy w roku.

Ale zrozumiałam, że wcale im nie chodziło o rodzaj posiłku. Nasza odmowa kupowania mięsa zrobiła z kwestii osobistych preferencji, szersze etyczne oświadczenie.

Dom wolny od mięsa mówi: Nie tylko my sami nie będziemy brać w tym udziału, ale też nie pozwolimy nikomu innemu tutaj. Zgaduję, że niektórzy ludzie poczuli się, że ich prawa zostały naruszone. Nie myślę, że podobało im się, iż odebrano im jakąś wolność. Jestem pewna, że zwierzęta, które hodowane są na farmach przemysłowych zgodziłyby się, że brak wolności jest do luftu.

Ale nie zgadzam się z założeniem, że każda osoba ma prawo robić i jeść to, co chce w cudzym domu. (...) Osobiście nie odmawiam modlitwy przed posiłkami, ale nie rozmawiam, kiedy ktoś inny odmawia modlitwę przy swoim stole. Jeśli jestem gościem w domu, w którym nie pije się alkoholu, nie przynoszę ze sobą piersiówki.

A jedzenie to nie jest po prostu jedzenie. Jedzenie to komfort, karmienie, tradycja. Nasz dom jest centrum zgromadzeń rodzinnych. Co roku na Boże Narodzenie robimy pizzę i danie sycylijskie, którego nauczyłam się od mojej prababci. Ja jestem osobą, która kontynuuje te tradycje. Dosłownie całymi dniami gotowałam garnki i garnki sosu i wyrabiałam kilogramy za kilogramami ciasta, aby tradycja naszej rodziny mogła być kontynuowana, tak jak wtedy, kiedy moja prababcia była dziewczynką. Pizzę zawsze robiłam z pepperoni. To drugie danie było z wieprzowiną. Jestem pewna, że moja rodzina się zastanawia, co będzie w Boże Narodzenie w tym roku.

Jedzenie w naszym domu jest także dla nich przypomnieniem, co jedzą poza nim. Jedzenie wegetariańskie przypomina im, że każdy kęs mięsa pochodzi od zwierzęcia, które cierpiało. Moja oficjalna postawa to raczej stary kapelusz. Ale to, że mój mąż, który nie jest wegetarianinem, zrezygnował z mięsa w swoim własnym domu (i pije kawę z sojową śmietanką, a do musli dodaje mleko migdałowe), wstrząsa ludźmi. Jego trudniej zlekceważyć. On tego nie robił od lat. On zobaczył coś, co go zmieniło.

Niektórzy z naszych gości przyzwyczajają się do tego pomysłu. Pochwalono nasze gotowanie. I atmosfera jest bardziej radosna teraz, kiedy nie ma na stole mięsa.

 

Laura Orban lubi zwierzęta, jest weganką i stworzyła stronę o współczuciu na przedmieściach. Dzieli dom i domowe biuro z mężem, dwójką wegetariańskich dzieci i 2 psami.

06:56, iveggy , Samo życie
Link
sobota, 04 września 2010

Tłumaczenie artykułu "My vegan life"

Witam was. Na imię mam Marla. Jestem weganką. Dla członków mojej rodziny, którzy przypadkowo przeczytają ten wpis, podaję, że wymawia się to WE-GANKĄ. Kilka osób (tak, z mojej rodziny, ale nie tylko), pytało mnie, co to holender znaczy. Oto krótka i prosta odpowiedź: to znaczy, że staram się, jak mogę, aby nie jeść żywności, która zawiera składniki pochodzenia zwierzęcego. Także staram się nie kupować przedmiotów (np. torebek), które są wykonane z produktów zwierzęcych.

Jest to prawie niemożliwe, aby uniknąć wszystkich produktów pochodzenia zwierzęcego. Książka Vegan Freak przypomina nam, że  nawet w oponach samochodowych są substancje pochodzenia zwierzęcego, a ja nie planuję rezygnować z jazdy moim samochodem w najbliższej przyszłości. Staram się po prostu zachować środkową ścieżkę w moim wegańskim życiu. To jest ciekawe stwierdzenie. Weganizm i środkowa ścieżka nie często znajdują się w tym samym zdaniu. Nawet biorąc pod uwagę zachowania zewnętrzne, weganizm jest uważany za skrajność.

Dla mnie jest to styl życia, więc nie zastanawiam się nad tym… aż spotkam kogoś, kto nie ma pojęcia, czym jest weganizm.

Zawsze widzę to tępe spojrzenie, kiedy opisuję moje wegańskie życie jakimś dziewiczym uszom. Konwersacja zwykle przebiega tak:

"Nie jesz mięsa?
"Nie, nie jem mięsa."
"Nawet kurczaka?”
"Nie, nie jem kurczaka.”
"A ryby?”
"Nie. Ryb nie. Nic, co ma twarz".
"Aha. I nie pijesz mleka?"
"To prawda."
"A lody?"
"Nie. Nie jem lodów."
"Jajka?”
"Przykro mi, jajek też nie jem."

"Aha. To dziwne. To co ty jesz?"

W tym miejscu zwykle wymieniam orzechy i ziele. Jem migdały, nerkowce i inne orzechy. I piję herbatę kukicha.

Mieszkamy w Kansas City, Missouri, w samym sercu królestwa wołowego. BBQ jest królem. Na każdym rogu (prawie) jest stekownia. W niektórych restauracjach nie możesz nawet zamówić warzyw, w których nie byłoby jakiegoś rodzaju mięsa.

Dla mnie łatwo było z tego zrezygnować. Ale rezygnacja z dwóch rzeczy nie była taka łatwa: z czekolady mlecznej i z pizzy. Jak mogłabym żyć bez nich? Mam przyjemność wam zakomunikować, że nie było to jednak takie straszne. Kiedy zaczęłam jeść czarną czekoladę, to mleczna już wcale mi nie smakowała. Mogę stać obok całej miski M&M z masłem orzechowym i zupełnie nie czuję pokusy. A kiedy znaleźliśmy alternatywny ser bezmleczny, zaczęliśmy robić swoją pizzę (bardzo smaczną).

W rzeczywistości w tym małym krowim miasteczku jest kilka restauracji, które mają dania dla wegan, w tym nawet pizzeria. Dużo gotujemy, ale też często jemy w tych wegeprzyjaznych miejscach. I nie zrezygnowaliśmy ze wszystkich „dających ukojenie” przysmaków. Ciastka Oreos są „przypadkowo” wegańskie i jemy je od czasu do czasu.

Nie nawracam ludzi na weganizm, ale dzielę się moimi ulubionymi przepisami na mojej stronie Namely Marly. (…)

05:18, iveggy , Samo życie
Link
środa, 26 maja 2010

 

Jak już prawie wszyscy wiedzą, pod koniec grudnia 2012 ma nastąpić sądny dzień. Czy to według kalendarza Majów, czy też innych źródeł, podobno nie zostało nam dużo czasu. Jeden ze scenariuszy jest taki, że wywołane masową hodowlą zwierząt na mięso (czy to z racji karmy czy też gazów cieplarnianych) zmiany klimatyczne osiągną punkt krytyczny i doprowadzą do coraz silniejszych katastrof. Resztę zostawmy wyobraźni.

Parę tygodni temu kupiłam śliczną różową sól. Po przyjściu do domu, przeczytałam na etykietce: ,,300 milionów lat temu, ogromny ocean pokrywał miejsce, gdzie obecnie znajdują się Himalaje. Sól z nieskażonego oceanu zachowała się jako duża krystaliczna formacja.”

Dzisiaj natomiast przeczytałam w Gazecie Wyborczej: „Romain Vullo z Uniwersytetu w Rennes dokonał odkrycia w kopalni w Charente-Maritime w południowo-zachodniej Francji. Około 100 mln lat temu w tym miejscu rósł tropikalny las.”

Czyli 300 mln lat temu w Himalajach pływały delfiny, a 100 mln lat temu w okolicach Riwiery biegały słonie, w uproszczeniu.

Do tych rozważań nakłonił mnie artykuł na temat nowej akcji organizacji PETA (People for Ethical Treatment of Animals – Ludzie na rzecz etycznego traktowania zwierzą).

PETA widocznie też bierze te ostrzeżenia na poważnie, bo niedawno wysłała list do pana Vicino, właściciela firmy budującej bunkry podziemne na wypadek katastrofy. Firma obecnie jest w trakcie ukończenia budowy bunkra gdzieś pod pustynią Mohave Desert. List ten wzywa do zaopatrzenia bunkrów tylko w wegańskie zapasy. Za opłatą, około 200 osób może szukać schronienia przed żywiołowymi klęskami i katastrofami spowodowanymi przez człowieka, w ogromnej sieci bunkrów. (Oficjalna strona firmy kładzie duży nacisk na głośny apokaliptyczny rok 2012.)

"Niezależnie od tego, czy mieszkasz w podziemnym bunkrze czy w penthousie, najlepszym sposobem, żeby być pewnym, że wciąż będziesz na tym świecie za rok, jest odrzucenie mięsa i zostanie weganinem" mówi wiceprezes PETA Tracy Reiman. "Będąc na diecie wegańskiej, ci, którzy przetrwają w bunkrze, będą w lepszym stanie, aby przystosować się do post-apokaliptycznego świata i pomogą położyć kres scenariuszowi końca świata, który zwierzęta na farmach przemysłowych i w rzeźniach przeżywają codziennie.”

 

LINK

czwartek, 20 maja 2010

Kiedyś zawsze modliłam się do kogokolwiek tam u góry, żeby nie natknąć się na ulicy na jakieś zwierzę, które potrzebuje pomocy. Nie dlatego, że nie chciałam im pomóc (wręcz odwrotnie), ale dlatego, że nie wiedziałam jak. Czasy się zmieniły i teraz zawsze przeglądam okolicę, szukając rannych czy okaleczonych stworzeń... Kilka lat temu powoli jechałam samochodem koło mojego bloku, gdzie mieszkają stada gołębi, które ktoś z uporem karmi na jezdni, i zobaczyłam ptasie zgromadzenie. Jeden gołąb był rozjechany. Wysiadłam z samochodu zobaczyć, czy żyje, ale niewiele z niego zostało. Rozejrzałam się i zobaczyłem to małe stworzenie, leżące na trawniku, które nie mogło ode mnie uciec. Miało rozjechany cały bok. Nie myślałam, że przeżyje. Ktoś najechał celowo na ptaki, ponieważ droga jest szerokości trzypasmówki, a jest tylko jeden pas w jednym kierunku i ogromne ograniczenie prędkości.

Zabrałam malucha i męczyłam go przez 3 miesiące różnymi maściami, spryskiwaniem etc., zastrupił się ptaszek i o dziwo przeżył. Nazwaliśmy go E.T., bo wyglądał jak przybysz z kosmosu. Minął rok i ET fruwała sobie po mieszkaniu, odwiedzała papużki, gapiła się na koty. W tym właśnie czasie zaczęliśmy się przeprowadzać w miejsce bardziej ustronne, bardziej odpowiednie dla naszego zwierzyńca. Ostatniego dnia przeprowadzki, kiedy znosiłam na dół paczki, zobaczyłam pod drzwiami klatki siedzącego gołębia, w stanie katatonii.

Zabrałam go do domu, potem do gołębiej kliniki i okazało się, że choruje na bardzo niebezpieczną chorobę Newcastle. Jest to choroba wirusowa i łatwo przenosi się na inne ptaki, szczególnie gołębie. Ale moja głęboka wiara w nie-zabijanie, nie pozwoliła mi go ani uśpić, ani zostawić na ulicy. Wzięłam go ze sobą i pilnowałam, jak szalona, żeby dwa gołąbki się nie spotykały. Mieszkanko nie jest duże, tak więc było to nieludzko trudne. Minęły ponad dwa lata. ET mieszkała z papużkami w jednym pokoju, a moje ptaszyny zwykle nie są zamykane w klatkach, z małymi wyjątkami. ET uważała, że jest papugą. Stawiała się swoim miękkim dzióbkiem i malutkimi łapkami do dużych ar. W końcu ktoś jej odgryzł palca... Bardzo się zdenerwowałam, zaczęłam zamykać ET w klatce na noc, ale ona wtedy w ciągu dnia nie pozwoliła nikomu się zbliżyć do klatki i wskakiwała na głowy dziobatym koleżankom. Była tak odważna, że nie sposób jej było powstrzymać. Zwykle otwierała sobie drzwi, odsłaniała zasłonkę i przychodziła do mojego pokoju. Siadała mi na ramieniu i iskała moje włosy albo policzek. Kiedy ją wołałam, zaraz przylatywała. Reagowała szybciej niż papugi. Kiedy wyciągałam do niej rękę z oddali, ona lądowała na moim wyciągniętym ramieniu. Uwielbiała siedzieć na moim biurku i patrzeć na mnie godzinami. Kilka tygodni temu, kiedy wyszłam na moment na zewnątrz, któraś z papug, pewnie broniąc się, niemal przegryzła jej kark. Zabrałam ją na dobre z pokoju papug, tłumacząc ET: ty nie jesteś papugą, popatrz na swój mały nosek, a zobacz, jakie dzioby mają papugi, które rozgryzają orzechy laskowe w ułamku sekundy, masz szczęście, że żyjesz.

Podczas tych dwóch lat, ET bardzo często uciekała mi i wskakiwała do klatki, gdzie mieszka chory Upsipupsi, który wydobrzał, wygląda dobrze, ale nie może fruwać. Od dwóch lat, za każdym razem byłam przerażona, bojąc się, że zarazi się od niego tą wirusową okrutną chorobą. ET była bardzo samotna, nie mogła znaleźć bratniej duszy. Papugi ją gryzły, ja nie miałam dla niej czasu i w dodatku byłam za duża. W ciągu ostatnich tygodni, ET coraz częściej mi uciekała do niego. Razem byli tak szczęśliwi, że pomyślałam, ET jest zdrowa, silna, on jest prawie zdrowy, gdyby miała się zarazić, to już dawno by się to stało. Dlaczego ich rozdzielać. Typ wirusa, który jego zaatakował widocznie nie był taki silny, skoro on przeżył i wygląda dość dobrze.

I pozwoliłam im razem spać. Ale ET jakoś przestała wychodzić na zewnątrz ogrodzonego dla nich kącika. Nie martwiłam się tym zbytnio, bo już wcześniej miała takie momenty. Szczególnie, kiedy miała zamiar znieść jajko, zdarzało jej się nie wychodzić z upatrzonego miejsca przez kilka dni, jedynie po jedzenie. A jeszcze przedwczoraj widziałam, jak zaprowadziła swojego kolegę do pokoju papug, żeby pokazać mu, że one upuszczają rozgryzione orzeszki, które są świetnym przysmakiem, skąd od razu je przegoniłam, bo jednak Upsipupsi nie może wolno chodzić sobie po mieszkaniu. Dzisiaj rano wyjęłam ją z posłania i spojrzałam na nią, a ona opuściła ogon i skrzydła i bezwładnie zamachała nogami. Otwierała i zamykała dziobek, próbując złapać powietrze. Dałam jej trochę wody, którą próbowała wypić. Po godzinie umarła w moich rękach. Przyniosła mi miłość, radość, przywiązanie, a teraz nieopisany ból.

Nie łatwo jest mi o tym pisać, jednak warto wspomnieć, jak wspaniałymi zwierzętami są gołębie, jakie są odważne, jak oddane, jak dużo mają w sobie miłości, a przede wszystkim jak bardzo są mądre. Gołębie są absolutnie niedoceniane przez ludzi. Traktuje się je jak konieczne zło. Moja Itunia, jak ją zdrobniale nazywałam, pokazała mi, że każdemu najmniejszemu zwierzęciu należy się dobrze przyjrzeć, żeby zobaczyć tę iskrę bożą, tę pełną świadomość i mądrość w głębi jego spojrzenia. W oczach mojej Ituni jednak była tylko i wyłącznie miłość.

 


Wybierz Weganizm Wybierz Weganizm Wybierz Weganizm