Moja wegańska historia

sobota, 28 stycznia 2012

To nie jest moja historia... Moja historia jest o wiele prostsza, może kiedyś napiszę na ten temat parę słów. To jest tłumaczenie artykułu Sherree Sheridan pt. My Vegan Story

 

Kiedyś kochałam moje mięso bardziej niż wszystko inne. Śliniłam się, czując zapach kanapki z boczkiem, nie mówiąc już o kurczaku. Ludzie, jak ja uwielbiałam kurczaki! To były dwa główne rodzaje mięsa, jakie jadłam. Może to zabrzmi dziwnie, ale nigdy nie mogłam włożyć do ust mięsa z jagnięcia. Zawsze przychodziły mi na myśl małe jagnięta baraszkujące na łące i nie mogłam się przemóc, żeby je zjeść. Ale dlaczego nie miałam takiej samej reakcji w stosunku do innych zwierząt? Nie mam pojęcia. Może baranki wyglądały bardziej słodko, naprawdę nie wiem. W tamtym czasie nie znałam żadnych wegetarian ani wegan i szczęśliwie żyłam w moim świecie, w którym jadło się zwierzęta.

Pamiętam telewizyjną reklamę programu o tym, jak zwierzęta trafiają z gospodarstwa na nasze talerze. Ten odcinek był o kurczakach. Zastanawiałam się: obejrzeć czy nie? Nie chciałam żyć w niewiedzy na ten temat i pomyślałam, że kiedy dowiem się, co się dzieje, wtedy będę mogła dokonać wyboru czy nadal jeść mięso czy nie, w oparciu o fakty. Nie będę wchodzić w szczegóły, bo jestem pewna, że wszyscy i tak wiedzą, jak wygląda ten proces, ale obejrzenie tego programu wystarczyło, abym przyrzekła sobie, że już nigdy nie zjem kurczaka.

Wszystko było w porządku, ale co z boczkiem? Byłabym hipokrytką, gdybym zrezygnowała z kurczaka, ale nie z boczku, więc postanowiłam poznać fakty o innych rodzajach mięsa. W internecie znalazłam filmy pokazując, co dzieje się ze zwierzętami w rzeźni. Łzy popłynęły mi po twarzy, kiedy zobaczyłam, co te biedne zwierzęta przechodzą tylko po to, żebym ja i inni mogli je zjeść. Jednak to mi nie wystarczyło. Przeczytałam różne książki na ten temat, m. in. The Pig Who Sang To The Moon. Serce zaczęło mi się łamać od nowa i to był początek mojego wegetarianizmu.

Zapisałam się do różnych grup i zbierałam wszelkie informacje. Nie miałam pojęcia, jak bardzo wykorzystuje się zwierzęta do produkcji innego jedzenia, poza mięsem. Byłam przerażona, mówiąc delikatnie. Tak więc nadszedł czas, aby znowu się dokształcić. Po dłuższym okresie studiowania faktów, dowiedziałam się wystarczająco, aby podjąć decyzję, że nie chcę żadnych składników zwierzęcych ani w mojej żywności, ani w mojej odzieży. Nawet zmieniłam wszystkie moje kosmetyki i środki czyszczące. Nie chciałam i nie chcę być częściowo odpowiedzialna za cierpienia tych wszystkich zwierząt.

 




czwartek, 21 kwietnia 2011

 

Jako że od dłuższego czasu namiętnie zaczytuję się w serii "Moja wegańska historia", postanowiłam napisać swoją własną.

Co prawda nie jest to historia długa, specjalnie zawiła czy też obfitująca w tragiczne, radosne czy jakiekolwiek inne mogące porwać czytelnika zdarzenia, jednak jest to historia dla mnie niezwykle ważna. Historia która, na swój sposób, odmieniła moje życie.

Historia ta zaczyna się już w podstawówce, kiedy to miałam niezwykłą frajdę z robienia wszystkim na przekór. Dziwne ubrania, gust muzyczny, zainteresowanie piercingiem i tatuażami, aż w końcu mała Magdalena przeczytała gdzieś o wegetarianizmie czyli nie jedzeniu mięsa.

Decyzja nastąpiła szybko. Rodzice oczywiście protestowali, potem zaczęli się śmiać, wiedząc jak to się skończy. Oczywiście mieli rację - wystarczyło skusić mnie kawałkiem gołąbków z mięsem a mała Madzia szybciutko zapominała o swoich postanowieniach.

Kolejne rewolucje, które zgasły tak szybko jak się narodziły, zdarzały się co kilka lat. Raz wystarczyła szynka, innym razem trudno było odmówić na obiedzie ze znajomymi. W końcu po kilku dobrych latach walki pełnej porażek nastąpił Sądny Dzień. Dokładnie 13 sierpnia 2010 roku wstałam rano i stwierdziłam, że mam tego dość. Wytrzymałam bez mięsa ten dzień, następny, później tydzień, miesiąc. Czas płynął powolutku a ja czułam się lepszym człowiekiem. No, może poza momentami rodzinnych obiadków, na których słyszałam tylko: "O, nie jesz mięsa..? (i tu następuje mina, którą można określić jako zdegustowaną, zmieszaną itp.)" lub "Jak długo nie jesz mięsa? Miesiąc? Dopiero? A Kaśka to nie jadła z 10 lat! Ale niedawno znowu zaczęła. (tu zadowolona mina z sukcesu znajomej, która W KOŃCU przeszła na 'dobrą drogę'). Cóż, nikt nie obiecywał, że życie wegetarianina jest proste.

W końcu, po siedmiu miesiącach wegetarianizmu (wiem, wiem, tylko siedem miesięcy. Kaśka wytrzymała 10 lat.), dokładnie 10 marca postanowiłam,  że czas zmienić coś jeszcze. Cały dzień czytałam o weganizmie, który przez ostatnie 7 miesięcy wydawał mi się czymś niemożliwym, a weganów traktowałam niemalże jak Bogów. Po kilku godzinach wstępnej 'nauki' stwierdziłam "A co mi tam! To na pewno nie jest takie trudne!". I nie jest. Mimo, że jestem weganką od niecałych dwóch miesięcy, czuję, że to jest to czego mi brakowało całe życie. Świadomość, że zwracam uwagę na życie naszych słabszych i niewinnych przyjaciół, na swoje zdrowie i na środowisko czyni mnie człowiekiem szczęśliwym. Coś do czego dążyłam od podstawówki w końcu się spełniło,  a nawet z małym bonusem w postaci weganizmu. Dzięki mnie moi znajomi i rodzina oswoili się z pojęciem weganizmu i z samym faktem jego istnienia (choć ostatnio usłyszałam "Magda! Kupiłam Ci Bounty!" - ile czasu zajęło mi wytłumaczenie dlaczego nie mogę go zjeść, ho ho!).

Mimo, że trochę się rozpisałam, trochę ponudziłam chciałabym tylko powiedzieć jedno - Drogi mięsożerco - Olej mięso. Jest niezdrowe, wcale nie jest smaczne, a przez jego konsumpcję wspomagasz masowe morderstwa. Drogi wegetarianinie - rezygnacja z mleka, miodu, jajek i innych produktów odzwierzęcych jest bajecznie prosta - trzeba tylko chcieć. Wystarczy spróbować.

Tymże miłym akcentem kończę mój wywód i pragnę pozdrowić i ucałować wszystkie zwierzęta świata (tak, nawet te, które prawdopodobnie w połowie mojej drogi do pocałowania odgryzły by mi twarz). Pozdrawiam wszystkich serdecznie!


środa, 20 kwietnia 2011

 

Moja historia z weganizmem zaczęła się dokładnie 10 lat temu, gdy miałam 16 lat. Zamawiając pocztą koszulkę pewnego zespołu muzycznego, znalazłam w paczce ulotkę "Spróbuj wegetarianizmu. Spróbuj weganizmu”.

Te kilka słów na papierze, które wtedy wpadły do moich rąk w odpowiednim czasie i miejscu, były niejako kropką nad "i", potwierdzeniem moich dylematów, impulsem pozwalającym otworzyć mi szerzej oczy. Dylematów, które pojawiły się po raz pierwszy w wieku około 6 lat, gdy rodzice zabronili mi wejścia do pomieszczenia, w którym tata zabijał karpie na pełne „miłości i szczęścia” święta. Rodzina na tyle bała się, że zobaczę, co tata robi z rybami, że pełniła między sobą wartę. Ulotka zapaliła iskrę. Postanowiłam przejść na dietę wegetariańską. Niestety w moim środowisku nie znałam nikogo, kto również był wegetarianinem, dlatego zaczęłam szukać informacji i wsparcia w książkach m.in. pani Juliet Gellatley.

Odkryłam, że dieta roślinna nie tylko nie powoduje cierpienia innych istot, odciąża planetę, ale również jest o wiele zdrowsza od tradycyjnego sposobu żywienia. Eureka! Bilans dodatni, same plusy, postanowiłam długo nie czekać i zakomunikowałam wszem i wobec, że od dziś przestaję jeść mięso. Nie miałam żadnych dylematów, mięso z dnia na dzień przestało mnie kusić i zaczęło odrzucać. Wiedziałam dlaczego to robię i jak głęboki ma to sens.

Jak chyba większość wegan, również i ja najpierw wkroczyłam na wegetariańską ścieżkę. Weganizm wydawał mi się swego czasu za bardzo restrykcyjny. Płynne przejście na 100% roślinną dietę, po kilku latach wegetarianizmu, było naturalną koleją rzeczy. W tym przypadku nie było to takie proste jak przy przejściu na wegetarianizm. Kusił mnie zapiekany żółty ser czy batoniki. Odkryłam jednak wiele wegańskich alternatyw, które okazały się dużo smaczniejsze, zdrowsze i przede wszystkim nie były wynikiem eksploatacji zwierząt. Do dziś uważam, że była to jedna z najsłuszniejszych decyzji w moim życiu, której ani przez chwilę nie żałowałam. Z każdym dniem umacniam się w tym przekonaniu. Zmiana sposobu myślenia spowodowała, że jestem w większej harmonii z otoczeniem, co nieodłącznie związane jest z czystszym sumieniem. Jestem ogromnie wdzięczna, że jestem weganką i że dane mi było nią zostać. Mam wielki szacunek do wszelkich przejawów życia, nawet tych wydawać by się mogło "nie czujących", takich jak rośliny. Ta wrażliwość wzrasta wraz z moim wege-stażem.

Im więcej dowiadywałam się na temat mojej diety, tym więcej wiedziałam o potrzebach swojego organizmu, o tym skąd brać niezbędne do prawidłowego funkcjonowania składniki. Nie raz spotykałam się z pytaniami o to skąd biorę białko czy wapń. Jak na ironię większość z tych pytań świadczą o braku wiedzy na temat żywienia. Lubię przedstawiać swoje argumenty na temat mojego sposobu na życie, czy na temat żywienia i chętnie odpowiadam na pytania, gdyż mam wtedy okazję do zaprezentowania czym jest weganizm.

Mimo, iż weganizm wydaje się być sposobem na życie pozbawionym wad, to jednak zderzenie z codziennością bywa czasem smutne. Wyjście na zakupy, szczególnie do dużych sklepów nie należą do przyjemnych. Nie mam tu na myśli trudności z wyborem wegańskich produktów, bo po latach bycia weganką mogę robić zakupy niemal z zamkniętymi oczami (choć średnio raz w tygodniu dokonuję małych odkryć nowych wegańskich dobytków na sklepowych półkach). Pobyt w hipermarketach staje się smutny w momencie gdy spoglądam do koszyków innych osób lub gdy wykładają swoje zakupy na taśmę. Do dziś nie spotkałam w kolejce nikogo, którego zakupy na taśmie kasowej wskazywałaby na przestrzeganie wegańskiej diety.

Ponadto wszelkie sytuacje życiowe, które zaprowadzają mnie do wspólnego stołu z osobami będącymi na „tradycyjnej” diecie, wymagają wcześniejszego zapowiedzenia się i długiego wyjaśniania co jem, a czego nie jem, co można przygotować dla mnie zamiast prostego dania z ziemniaków połączonych z surówką. Niestety często zdarza się, że odchodzę od stołu głodna. Wciąż w Polsce niewiele osób wie co to jest weganizm i jest w stanie weganowi, czy wegance zaproponować jakąś alternatywę.

 

Wiem, że to się zmieni, bo coraz więcej ludzi dostrzega w weganizmie wiele pozytywnych aspektów. Postanowiłam jednak nie czekać na zmiany wpatrując się w sufit, a sama zrobić coś w tym kierunku. Jako, że niezwykle ważne jest dla mnie głębszy sens działań w jakie jestem zaangażowana, a satysfakcja z moich wysiłków silnie motywuje mnie do dalszego działania i głębszego zaangażowania w to co robię, postanowiłam otworzyć wegański catering we Wrocławiu. Jeśli wszystko pójdzie zgodnie z planem w połowie maja powstanie kolejny wegański catering w Polsce.

Moja wegańska historia nie tyle nie kończy się w tym momencie, a nabiera nowego innego wymiaru.

 

 

Katarzyna Kubiak


wtorek, 19 kwietnia 2011

 

Do napisania tego tekstu zbierałam się bardzo długo, odkąd konkurs został ogłoszony... W końcu się zebrałam i proszę... oto Moja wegańska historia.... a wprawdzie z początku wegetariańska zaczęła się 7 lat temu tuż przed ukończeniem przeze mnie 18 lat, gdy już w pełni świadomie przeciwstawiając się rodzicom mogłam zadecydować o stylu swojego życia... Całe życie, z menu "zwierzęcego" tolerowałam jedynie żółty ser, pierś z kurczaka i mleko, jednak były to śladowe ilości do jakich przymuszała mnie mama. Podobno będąc małym brzdącem jeszcze w brzuchu, moja mama okres ciąży zajadała się warzywami i owocami, i już wtedy śmiano się iż będę wegetarianką. Muszę się przyznać, iż długi czas borykałam się z zaburzeniami odżywania, nie potrafiłam dać sobie z tym rady. Jednak po wizycie na Woodstocku i spróbowania przysmaków Harikriszna odnalazłam swoją prawdziwą drogę i całkowicie przeszłam na wegetarianizm. Jestem mu bardzo dużo wdzięczna, w pewnym sensie mogłabym rzec, iż (Wegetarianizm) uratował mnie przed samozagładą, przed dalszą męką z bulimią i anoreksją, które długi czas, jeszcze po przejściu na wegetarianizm mnie męczyły. 5 miesięcy temu postanowiłam w pełni świadomie przejść na weganizm. Było to poprzedzone wieloma próbami, jednak zawsze za sprawą czyjejś namowy łamałam swoje postanowienie jakimś koszmarnym kefirem..;/ Na przełomie roku 2010/2011 nadszedł czas na postanowienia noworoczne, jak i postanowienia poślubne, jako, że we wrześniu zostałam żoną:). Moim postanowieniem na nowy rok i "nowe życie" było całkowite zostanie weganką, i udaje się, czuję się W KOŃCU w pełni WYZWOLONA. Moje problemy zniknęły, nie czuję już w sobie gniewu, niechęci. Od dawien dawna nie piję i nie palę, brakowało mi do szczęścia pełnego weganizmu - I STAŁO SIĘ:) A za sprawą wspaniałych przepisów, których mnóstwo na blogach wegańskich poznaję świat kuchni od nowa i OD NOWA CIESZĘ SIĘ ŻYCIEM i JEDZENIEM! Do wegańskiego stylu życia, w naszym nowym domu dołączyła segregacja śmieci, oszczędzanie wody prądu itd, czyli wszystko co mogłoby wspomóc nasze środowisko. :) Dzięki weganizmowi moje życie stało się LŻEJSZE od problemów, a pytań typu "Dlaczego nie jesz mięsa" Staram się unikać czy ignorować, gdyż wydają mi się teraz absurdalne. To tak samo jakbym kogoś zapytała "DLACZEGO TY JESZ MIĘSO? PRZECIEŻ ONO TERAZ NIE MA NIC WSPÓLNEGO Z MIĘSEM i czy ty wiesz co jesz?!". Pozdrawiam UpartaWeganka http://upartaweganka.blogspot.com/


niedziela, 17 kwietnia 2011

Konkurs na "moją wegańską historię" trwa do 20 kwietnia. Wybrane teksty zostaną wydrukowane w następnym wydaniu magazynu Organic. Zapraszamy :)


00:51, iveggy , Moja wegańska historia
Link
wtorek, 12 kwietnia 2011

 

 

Są różne motywy przejścia na weganizm
prozdrowotny, etyczny czy ekologiczny,
wszystkie mają jak najbardziej słuszne podstawy z którymi się zgadzam.


Ale gdy próbuję sama określić powody dla których
zrobił się ze mnie wegan, mam kłopot, bo to samo się zrobiło.
Napewno było wynikiem nastu lat obłudnego wegetarianizmu,
samooszukiwania, którego widocznie mój mózg nie potrafił już dłużej znosić.
Mój weganizm tak jak i wcześniej wegetarianizm to pewnego rodzaju blokada psychiczna.
Niczego sobie nie narzucam, niczego nie odmawiam, poprostu
nie wyobrażam sobie jak znowu mogłabym
pić pokar dla czterożołądkowych rogatokopytch czy jeść wody płodowe kur-
to takie perwersyjne prawie jak stosunek oralny z ptakiem.
Moje pierwsze wegańskie hasło brzmiało
'nie dojeniu cudzych kobiet'.
Mój weganizm to przede wszystkim definiowanie słów na nowo,
taki rodzaj semantycznego weganizmu.
Zdefiniować słowa tak żeby pewne substancje przestały być jedzeniem,
żeby to mięsożercy w końcu musieli się wreszcie tłumaczyć.
Nie mogę się nadziwić że większość z nich definicje i wiedzę na temat tego
co jedzą mają na poziomie przedszkola.
Ciekawe też że mój wegnizm zbiegł się w czasie z myśleniem o dziecku,
o którym wcześniej zupełnie nie myślałam,
wręcz nie wyobrażałam sobie że mogłabym chcieć
sprowadzić kogoś na ten świat. Ale przecież weganizm
bardzo dotyczy kobiecości i macierzyństwa.

 


piątek, 08 kwietnia 2011

DLACZEGO ZOSTAŁEM WEGANINEM

W moim dzieciństwie, podobnie jak w większości innych polskich rodzin, mięso było bardzo często składnikiem naszych posiłków. Mimo że czasy były trudne i zdobycie pożywienia także... a może właśnie i dlatego - komuś zależało na stworzeniu ludziom właśnie takich, a nie innych warunków bytu, aby to, co w rzeczywistości jest nienormalne, nienaturalne zostało uznane za normalne - coraz częściej zadaję sobie pytanie, komu i dlaczego zależy na tym, aby wydarzenia przybierały taki obrót, jaki przybierają, aby nic nie ulegało zmianom? - komu tak naprawdę przychodzi do głowy tworzenie rzeczywistości wypełnionej bólem, cierpieniem, strachem i agresją?

Komu zależy na coraz większym postępie technologii śmierci - militaryzacji, mechanizacji każdego aspektu naszego życia, wywoływaniu wojen i konfliktów, masowych rzezi?

Tak jak jest to w przypadku większości ludzi - spożywają oni pożywienie, które jest w coraz większym stopniu genetycznie modyfikowane i napchane środkami chemicznymi, jednakże nawet im to do głowy nie przyjdzie, że jest to niezdrowe. Nawet im to do głowy nie przyjdzie, żeby się zastanowić nad tym, co jedzą. Po prostu jedzą - konsumują.

Już w dzieciństwie zdarzało mi się wiele razy, że po prostu czułem coś w rodzaju wstrętu do tego, co leżało na moim talerzu - nie ze względu na jakość, gdyż moja mama gotuje bardzo dobre potrawy, ale ze względu na to, że był to kawałek ciała innej istoty. Fizycznego ciała, takiego, jakie posiadam i ja.

Bardzo często więc miałem problemy z przełknięciem mięsa i ostatecznie wypluwałem go do ubikacji lub do kosza na śmieci.

W ostateczności podjąłem decyzję zostania wegetarianinem. Przez bardzo długi okres czasu odżywiałem się posiłkami na bazie warzywnej, także piłem mleko i inny nabiał, jadłem jajka i sery. W ostatecznym rozrachunku postanowiłem zostać weganinem, ponieważ uznałem, że spożywanie jakichkolwiek składników pochodzących od innych istot, zwanych przez ludzi ogólnie zwierzętami, nie zmienia niczego w sytuacji tych istot - są one nadal przetrzymywane w wielkich fermach hodowlanych (coś na kształt obozów koncentracyjnych), wbrew ich własnej woli. Wegetarianizm stał się dla mnie tylko okresem przejściowym do weganizmu - odwykiem od stylu myślenia i życia mięsożerców. Po prostu nie mogłem już się więcej oszukiwać, że nie jedząc mięsa, a spożywając inne wytwory zwierząt przyczyniam się do ich "wyzwolenia".

Umniejszenia ich cierpienia.

Bo nie o kulinarny aspekt tu chodzi.

Jako weganin nie powiedziałbym o sobie, że jestem miłośnikiem zwierząt, tak jak wielu mięsożerców o weganach myśli - w rzeczywistości ich los jest mi obojętny, o tyle, o ile człowiek w los ten nie ingeruje. Nie przyjąłbym do mojego kręgu ani kota, ani psa czy innego mięsożernego, gdyż jest to wbrew moim przekonaniom o posiadaniu innych i byłoby to hipokryzją z mojej strony, gdyż w ten sposób chcąc nie chcąc popierałbym przemysł mięsny - jest wielu ludzi, którzy nazywają się wegetarianami i obrońcami praw zwierząt, ale są to przede wszystkim zwierzęta "domowe", porzucone przez byłych właścicieli, które teraz przebywają w schroniskach i muszą być odżywiane mięsem innych zwierząt.

Codziennie przechodzimy ulicami miast, mijamy ludzi, ale czy tak naprawdę interesuje nas los każdego przechodnia?

Zaczynamy podnosić głos, kiedy na jaw wychodzą różne wypaczenia itp.

Tak jest na przykład w Indiach, gdzie większość potraw jest wegetariańskich - po ulicach (powstałych wskutek wymogów egzystencji istot ludzkich) spacerują także inne istoty - psy, koty, szczury, małpy, krowy i to jest normalne, gdyż według ich sposobu rzeczywistego widzenia świata, zostały one stworzone do życia na tej planecie tak jak i ludzie i mają takie samo prawo do istnienia, a to, że posiadają inne formy fizycznych ciał nie oznacza, że są one czymś lub kimś gorszym czy lepszym - po prostu każdy gatunek posiada odmienne cechy przystosowawcze.

Tylko ludzie posiadają tego rodzaju percepcję podziału na gatunki i rasy, w sensie podziału na lepszych i gorszych, na uległych i dominujących.

Już nie jesteśmy jednym gatunkiem, ale narodami i klasami społecznymi.

Panami i niewolnikami.

Dyrektorami i robotnikami.

Pośród innych gatunków zwierząt każdy przedstawiciel danego gatunku będzie się zachowywał podobnie w każdych warunkach naturalnych, niezależnie od szerokości geograficznej. Jedynie ludzie się dostosowują do warunków klimatycznych, w których przychodzi im egzystować. Aby w ostatecznym rozrachunku te warunki zacząć dostosowywać do własnych wymogów. Jako jedyny gatunek istniejący na tej planecie nie dajemy tej planecie nic pozytywnego, wręcz przeciwnie - zabieramy i dosłownie wyrywamy naszej Matce Ziemi wszystko to, co możliwe, nawet jeżeli nam to nie jest potrzebne do egzystencji na tej planecie...

W jakim celu?

Można to wyraźnie zaobserwować w istniejących na tej planecie kulturach, powstałych na różnych szerokościach geograficznych, które z kolei mają wpływ na kształtowanie się fizycznej formy ludzkich ciał, a co za tym idzie na ich psychikę, mentalność i działania - tutaj, blisko lodowców, gdzie nie ma zbyt dużo słońca, ludzie większość czasu spędzają we własnych domostwach, odizolowani od innych - to z kolei stało się powodem wyblaknięcia i zanikania chromosomów odpowiedzialnych za kolor skóry. Ten rodzaj egzystencji wytworzył odmienną kulturę, z tym wszystkim, co to oznacza - wiele różnorodnych języków, które łączy ten sam alfabet, prawie te same wierzenia i rytuały, które stopniowo zostały zmonopolizowane i ujednolicone przez instytucję.

Podobnie jest w innych kulturach - każda z nich posiada swój system - wierzeń, przekonań, system społeczno - ekonomiczny, własne pismo, alfabet, filozofię itd.

Kiedyś przyszło mi na myśl takie pytanie:

Jeżeli te wszystkie kultury, z którymi się spotykamy dzisiaj, każda z nich ma swojego boga - Żydzi Jahve, Muzułmanie Allacha, Rastafarianie Jah, Hindusi cały Panteon, Indianie Manitou, Chrześcijanie Chrystusa, południowi Azjaci i Japończycy Buddę, i wiele innych, to co nas dzieli?

Odmienna nazwa? Odmienna interpretacja? W takim razie każda indywidualna jednostka odbiera rzeczywistość na swój własny sposób, z tym wszystkim, co to oznacza –

KAŻDA indywidualna jednostka doświadcza cierpienia w postaci głodu, zimna i innych niedogodności.

KAŻDA indywidualna istota doświadcza radości z osiągnięć, jakiekolwiek nie byłyby ich cele.

KAŻDA indywidualna istota posiada swój własny odbiór rzeczywistości, swoją własną percepcję, swój jedyny i niepowtarzalny kontakt z tym, co systemy reprodukcji rytualnych wierzeń stada próbują jej wbić przez pojęcie "Boga", a co w rzeczywistej odrębności do tych kolonizacji umysłów jest po prostu doświadczeniem swojego własnego przejawu Życia w najbardziej elementarnej jego części.

Tak liczebny naród, jak indyjski, nigdy nie wywołały światowych wojen - mówiąc o Indiach musimy zawsze mieć na myśli ich wielokulturową stronę - istnieją tam wszystkie wyznania, które możemy spotkać na tym świecie oraz różnego rodzaju inne, których nie znamy, ani o których nawet nie mamy pojęcia, że istnieją, jednakże nie są one uznawane za sekty, które należy wyeliminować, jak to się zdarza w jedynie chrześcijańskim cywilizowanym świecie, który wciąż narzuca swój styl życia innym kulturom, a gdy te kultury nie chcą go przyjąć, to je po prostu niszczy.

To właśnie w przez nich stworzonej kulturze wciąż istnieje "problem" odmienności wyznań i braku tolerancji wobec mniejszości -

wojny, krucjaty, inkwizycja, konkwista, kolonizacja, chrystianizacja, niewolnictwo, holocaust, rdzenni mieszkańcy w rezerwatach, apartheid, a teraz globalizacja...

Nie jestem tu za sektami, o których ostatnio bywa głośno, czyli jakimiś tam psychopatami uznającymi się za bogów, czy próbujących sobie podporządkować innych, gdyż właśnie to robi katolicki Watykan i najbardziej prawdopodobne dla mnie jest to, że sam Watykan tworzy tego typu "sekty", aby ludzie się zniechęcali do innych wyznań i pozostali im wierni i podporządkowani. Watykan to przede wszystkim ogromna władza, a nikt, kto doszedł do tego typu władzy nie chciałby jej stracić, więc będzie wszelkimi środkami chciał ją zatrzymać.

Taka jest rzeczywistość.

Polska także przed przystąpieniem do Wspólnoty Europejskiej i NATO nigdy nie wywołała wojny przeciwko innym krajom.

Ale takie są wymogi życia w stadzie - za każdym razem stado przyłącza się do przewodnika stada - takie jest znaczenie symboliki Chrystusa, jako pasterza stada owiec i baranów w ikonografii mitologii chrześcijańskiej.

Chodzi mi przede wszystkim o rozpowszechnianie idei współistnienia wszystkich istot oraz ich respektowania, jako żywych jednostek, a nie przedmiotów, będących traktowanymi tylko i wyłącznie jako własność prywatna, niewolnicy lub żywność.

Chodzi mi o rozpowszechnianie indywidualnej samoświadomości każdej istoty ludzkiej istniejącej w samej sobie, a nie powielającej zachowania innych istot, czy to ludzkich, czy też tych tzw. zwierzęcych. - (myślę, że właśnie tutaj leży przyczyna większości zła, które czyni ludzkość na tej planecie - zbytnio się identyfikujemy z tym, co nas otacza, uznając, że to należy do nas i jednocześnie zbytnio się od tego wszystkiego odizolowujemy, co z kolei wprowadza nas w stany skrajności) - każdej indywidualnej istoty ludzkiej, która jest tak odmienna od innych, jednakże wtłoczona w życie stadne zatraciła swoją indywidualność.

Swoje prawdziwe Ja.

Podawane nam są sprawdzone i wygodne schematy i systemy myślenia, wierzeń, zachowań i rozwiązań, które są uważane za "normalne" przez tę tak zwaną "większość", ale tak naprawdę nie wiemy, kto jest tą większością, tak jak i nie do końca jest określone, kto jest narodem - istnieje zaaplikowany w naszych umysłach twór, zwany rzeczywistością systemu wpajanego nam od urodzenia aż do śmierci przez różnego rodzaju bezosobowe instytucje, w których przejmują funkcje kolejni wykonawcy, których nie interesuje indywidualny rozwój każdej jednostki, gdyż wiadomo, że jeżeli każdy z nas rozwijałby swoje własne, osobiste i niepowtarzalne cechy osobowości, to oni nie mogliby kontynuować kontroli społeczeństwa, z tym, co to oznacza - żadna wojna nie miałaby miejsca, gdyby każdy z nas uświadomił sobie, że przyczyny konfliktu nie leżą w społeczeństwie, ale w tych, którzy to społeczeństwo edukują. Jeżeli ja kogoś uderzę, to albo ta osoba także mnie uderzy, albo znajdzie inne rozwiązanie. Natomiast jeżeli polityk ma problem z innym politykiem, to biją się społeczeństwa, zarządzane przez tych polityków, przy czym jest to ogólnie uznane za normalne.

Od setek lat ludzie są nauczani w szkołach o wojnach i konfliktach między głowami państw, jednakże nie uczy się ich odkrywania swojej prawdziwej natury, samokontroli i wielu innych pozytywnych rzeczy - po prostu uzależnia się umysł od autorytetów, które "wiedzą lepiej", a co za tym idzie do bezmyślnego posłuszeństwa w imię różnych ideologicznych bzdur, jak religia (jedynie prawdziwy system wierzeń, który w rzeczywistości istnieje tylko i wyłącznie po to, aby kontrolować umysły innych ludzi, wpajając im "bogobojność", czyli po prostu strach, aplikując masę bzdurnych wyobrażeń o piekle i karze boskiej, itd.), jak naród (odizolowane od reszty gatunku stadko - kto to dokładnie jest? - przecież nie zwykły szary obywatel, którego zadaniem jest pracować "dla dobra narodu", płacąc za wszystko, co mu do życia potrzebne, więc nie bardzo mając czas na samopoznanie, gdyż kolejne wydarzenia w "wielkim świecie" będą wymagać od niego zaangażowania w obronie tego lokalnego stada, w którym dane przyszło mu "żyć" ) - powielane są idee i wierzenia, których się do końca nie rozumie, a z kolei brak zrozumienia prowadzi do akceptacji i powielania nienormalnych czynów i zachowań - zatracenie własnej indywidualności wtłacza nas w stan umysłu, gdzie podświadomie szukając siebie samego zaczynamy się identyfikować z otoczeniem i zaczynamy przyjmować zachowania innych jako naturalne, z tym, że poprzez masowość naszej egzystencji, w którą jesteśmy wepchnięci zwielokratniamy, a co za tym idzie degenerujemy samych siebie.

Uważamy, że jedzenie mięsa jest normalne, ponieważ tak czynią także inne zwierzęta - wilki, hieny, lwy, ale zapominamy, że żadne inne zwierzę nie zabije, jeżeli nie jest głodne.

Uważamy, że jedzenie mięsa jest normalne, ponieważ tak czynią także inne zwierzęta, a jednocześnie uważamy, że stoimy na wyższym szczeblu rozwoju.

Czym się różnimy:

Twierdząc, że jesteśmy na wyższym szczeblu rozwoju niż inne zwierzęta, zadufani w tej swojej własnej wizji bycia cywilizowanym, tworzymy rzeczywistość wynaturzoną - żadne inne zwierzę nie skonstruuje rzeźni, ani obozów koncentracyjnych, żadne inne zwierzę, które człowiek posądza o tzw. "męski instynkt dominacji", nie wytworzy patriarchalnego systemu narzucania swojej woli innym istotom, masowych eksterminacji innych gatunków, jak też i mniejszości kulturowych, etnicznych, w końcu każdego przejawu indywidualności.

Żadna inna istota nie skonstruuje broni masowej zagłady, gdyż każde Ja jest odmienne w swoim istnieniu, jednakże nie dla człowieka, który rozumiejąc to, próbuje to jednocześnie zniszczyć.

Istnieje czynnik szaleństwa w tym, co aktualnie człowiek robi, jakby coś w rodzaju mentalnego wirusa, który pcha nas do samozniszczenia i niszczenia wszystkiego, co nas otacza...

A przecież nie możemy żyć pod wodą, jak ryby, nie potrafimy latać jak ptaki, nie zostaliśmy stworzeni, aby żyć na Słońcu, Księżycu czy Marsie.

Wierzymy w Anioły, w opiekuńcze duchy, ale sami nie potrafimy się opiekować tym domem, którym jest ta planeta.

Chodzi mi o to, że jako istota ludzka zostałem stworzony, aby odkrywać swoiste własności będące cechami tejże istoty, przede wszystkim w aspekcie duchowym, a nie powielać cechy innych istot - jesteśmy fizycznie podobni do małp, jednakże małpami nie jesteśmy, gdyż brakuje w naszym instynktownym zachowaniu tej "bezmyślnej" wolności, która pozwala małpom wędrować między koronami drzew bez obawy upadku. Albo też nie potrafimy, jak koty, odbić się z miejsca na kilkanaście metrów w górę lub skoczyć kilkanaście metrów w dół bez szwanku. Nasze umysły są okaleczone racjonalnym myśleniem, rozważaniem o metafizycznych bzdurach i to nas czyni "cywilizowanym"...a wciąż dzielimy sie na rasy.

Rodzaje.

Chodzi mi o to, że według tej księgi, w której przekaz tak wielu ludzi wierzy, czyli Biblii, ludzie w raju odżywiali się tylko i wyłącznie owocami, dopiero po wygnaniu zaczęli się coraz bardziej degenerować. Jeżeli więc zostali wygnani, gdyż zgrzeszyli, to resztę rzeczy, które zaczęli robić później, były i są tylko i wyłącznie czynami zdegenerowanych i grzesznych umysłów, które za każdym razem, gdy coś czynią, automatycznie próbują to usprawiedliwiać i uznawać za dobro.

Czyż więc nie jest pierwszorzędnym obowiązkiem każdego, kto dąży do życia wiecznego w Raju, czyli w pierwotnym stanie Ducha sprzed grzechu odrzucać wszystko, co z grzechem ma coś wspólnego?

Zadawania bólu i cierpienia sobie i innym przede wszystkim?

Tworzenia sytuacji, prowadzących do dyskomfortu fizycznego i w ostateczności do uniemożliwienia intelektualnego i duchowego rozwoju?

Jeżeli więc nie zacząć realizacji życia z sferze duchowej tu i teraz, to kiedy?

Po śmierci?

Kiedy już przestaniesz istnieć?

Kim więc i gdzie wtedy będziesz?

I do czego będziesz wtedy dążyć?

Ludożerstwo, kanibalizm... Nie wiem, czy istnieje ten fenomen wśród innych gatunków zwierząt (być może gdy hiena znajdzie ścierwo innej hieny, to je zje, bo taka jej natura), ale właśnie ten fenomen miał i ma miejsce wśród ludzi. Wciąż jest to szokujące, a przecież kiedy masz na talerzu kawałek mięsa, to skąd możesz wiedzieć, co to jest naprawdę? Mięso jest mięsem. Jeżeli raz ktoś skosztował, to zna smak i już może rozróżnić - to jest świnia, to krowa, to kurczak.

Wpajają nam od urodzenia, że jedzenie zwłok innych istot, więzienie ich wbrew ich własnej woli, jest jak najbardziej normalne - gdyby ktoś się urodził w społeczeństwie ludożerców, to jedzenie ludzi też by było dla tej osoby jak najbardziej normalne.

Faszyzm jest właśnie taką wysublimowaną formą kanibalizmu.

Rasizm - podział na grupy etniczne.

Selekcjonowanie na gatunki nazywa się szowinizmem gatunkowym (od angielskiego "specism") i jest inną formą rasizmu, tyle że dotyczy innych gatunków zwierząt - dopóki usprawiedliwiamy i uznajemy za normalne masowe morderstwa innych istot, to zawsze znajdziemy usprawiedliwienie dla morderstw wobec innych ludzi. Zawsze znajdzie sie jakiś powód, gdyż zdegenerowane umysły mięsożerców będą wciąż żądne ofiar i krwi.

Narzekamy, że jest nam zimno w czasie zimy, za gorąco w lecie; gdy pada deszcz, że źle na nas wpływają zmiany ciśnienia atmosferycznego, ale nie chcemy zauważać ani przyznać się do tego, w jaki sposób oddziaływuje na naszą psyche, umysł, a co za tym idzie, także i dalsze czyny, istnienie rzeźni, w których dokonuje się przez cały czas masowych mordów, masowego rozlewu krwi, gdzie jest skoncentrowane cierpienie, strach i agresja - żadne inne zwierzę nie czyni czegoś takiego.

Kupujemy z supermarketach pięknie opakowane zwłoki, nie dopuszczając nawet do świadomości tego, co się dzieje w rzeźniach.

Po co sobie tym zawracać głowę? Po co to wiedzieć?

Takiego rodzaju mentalność nigdy nie będzie poszukiwać prawdy, a zawsze będzie nastawiona na konsumpcję informacji, które się jej podaje.

Czy naprawdę wiesz, co się dzieje na świecie?

Kiedy ostatnio widzieliście turystów z Afryki, Ameryki Południowej, czy też Azji w Waszych europejskich metropoliach?

Czymże więc jest humanitaryzm?

Gdyby w obozach koncentracyjnych zabijano ludzi od razu, zamiast zmuszać ich do egzystencji w tych stworzonych im przez inne istoty ludzkie ekstremalnych warunkach, to byłoby to uznane za bardziej humanitarne?

Ale po co sobie tym zawracać głowę? Przecież wygodniej jest żyć nie komplikując sobie zbytnio życia, wierząc w to, w co wierzą "wszyscy", robiąc to, co robią "wszyscy".

Czyli kto?

Darshan ai Sattva

kontakt: fluid.sun@gmail.com

www.soundcloud.com/darshan_ai_sattva, www.chomikuj.pl/fluid.sun, www.myspace.com/visualien


piątek, 11 marca 2011

Kluczem jest świadomość

 

„Mniej więcej do trzeciego roku życia kochanie wszystkich zwierząt jest dla nas naturalne, niemal odruchowe. Gdy pewnego dnia na naszym talerzu ląduje kawałek mięsa, który już niczego nie udaje, nie wiemy, skąd się wziął. Nie byliśmy bowiem świadkami zabijania. Dowiadujemy się, że to kawałek cielaczka, świnki albo kurczaczka. Czy to znaczy, że to zwierzątko zostało zabite? pytamy. W odpowiedzi słyszymy, że wprawdzie kurczaczek, cielaczek albo świnka zostały zabite ale to były inne świnki, cielaczki, kurczaczki; nie te znajome, które tak szczerze kochamy. Tak wygląda pierwsza lekcja podwójnej moralności, która potem pomaga nam wzniecać wojny i zabijać tych, których nie znamy.”(Wojciech Eichelberger, psycholog)

Przez większość swojego życia byłem mięsożercą, jajka i mleko w różnej postaci były na porządku dziennym. I nie przypominam sobie, abym jako dziecko miał jakiekolwiek dylematy związane ze zjadaniem słodkich świnek, krówek czy kurczaczków. Po prostu nigdy nie łączyłem tego, co leżało na talerzu z krową, świnią czy kurą, które hodował na wsi mój dziadek. I chociaż kilka pierwszych lat mojego życia spędziłem na wsi u dziadków, to zwierząt, które tam były bardziej się bałem niż czułem ich bliskość i współczucie dla nich. Pisząc to przypominam sobie dokładnie te relacje. Bo koń może cię kopnąć, krowa cię „ubodzie” (nie wiem czy dzisiejsi czytelnicy rozumiejąJ, co to znaczy), a kogut wskoczy ci na głowę. No i czego miałbym im współczuć? Przecież nie było im wcale tak źle – koń miał swoją stajnię, siano i owies, krowy regularnie wychodziły na łąkę – sam je „wyganiałem” i „przyganiałem”, piły wodę z czystej rzeki, kury i gęsi łaziły po całym podwórku i poza nim.

Zastanawiam się dzisiaj, co jest potrzebne do tego, aby człowiek przestał zjadać, zadawać cierpienie i wykorzystywać zwierzęta. Na pewno współczucie. Czy w takim razie przez większość mojego życia brakowało mi współczucia? Raczej nie. Choć nigdy nie byłem świętoszkiem, to zawsze żal było mi słabszych i tych, którym działa się krzywda. Niemalże biłem się z kolegami, którzy dla zabawy dręczyli mrówki, biedronki i inne stworzenia, przechodząc obok wędkarzy chciałem wypuszczać ryby, które złowili i trzymali w siatkach, żal mi było psów na łańcuchu – od zawsze kochałem zwierzęta i bardzo im współczułem WIDZĄC ich cierpienie. Oczywiście, gdy nie byłem już dzieckiem, musiałem zdawać sobie sprawę z tego, że aby zjeść kawałek mięsa trzeba zabić zwierzę, ale nigdy się nad tym głębiej nie zastanawiałem, dostawałem gotowy produkt i nie interesował mnie proces jego produkcji. Brakowało świadomości. To drugie, poza współczuciem, słowo-klucz, może nawet ważniejsze, bo przecież nie można posądzać większość ludzi wokół nas o brak współczucia. Wręcz przeciwnie – widzimy jak oburzenie wywołują ujawniane przez media przypadki znęcania się nad zwierzętami. Świadomość cierpienia budzi współczucie. Paul McCartney powiedział: „Gdyby rzeźnie miały szklane ściany, każdy byłby wegetarianinem.”

Jak zaczęła się budzić moja świadomość, która doprowadziła mnie do weganizmu? Zaczęło się chyba od jakichś aspektów zdrowotnych. Przeczytałem coś o diecie Diamondów, o tym jak mięso zalega i gnije w naszych jelitach etc. Były więc jakieś eksperymenty z niełączeniem różnych składników, niewiele mające jeszcze wspólnego z wegetarianizmem. Ale jakieś małe ziarenko, że mięso jest „be”, zostało zasiane i powoli kiełkowało. Potem zacząłem szukać różnych dróg tzw. „duchowego rozwoju”, jeden z tzw. duchowych nauczycieli powiedział, że owszem można jeść mięso i rozwijać się duchowo, lecz w ten sposób nie przeskoczy się pewnego poziomu. Ja oczywiście nie chciałem zamykać sobie drogi do wyższych poziomów (cokolwiek przez to rozumiałem albo raczej nie rozumiałemJ), więc przestałem jeść mięso. Pamiętam też luźną rozmowę z koleżanką, z którą rozmawialiśmy o jedzeniu. W pewnym momencie powiedziała mniej więcej coś takiego, że w dzisiejszych czasach nie musimy zabijać, żeby jeść i przeżyć. Eureka! Jakie proste i genialne zarazem! To było kolejne powoli kiełkujące ziarenko.

Trwały moje duchowe poszukiwania. Po okresie fascynacji szamanizmem i powrocie do jedzenia mięsa (tak, tak – tyle, że teraz przed zjedzeniem kotleta dziękowałem zwierzakowi, że był tak wspaniałomyślny i poświęcił się, żebym mógł go zjeść – żałosne, prawda?), znowu splot różnych czynników i motywów, które wyrosły z zasianych wcześniej ziarenek, sprawił, że przestałem jeść mięso. Naturalnie ryby były pyszne i nie były uważane przeze mnie za mięso. Nie zwracałem też najmniejszej uwagi na skład przetworzonych produktów, nie wspominając o jajkach czy mleku. Po jakimś czasie odkryłem, że przecież ryby też mają oczy! Od tej chwili dumnie nazywałem siebie wegetarianinem. I był to już stały obrany przeze mnie kierunek, w którym z biegiem czasu się umacniałem. Czułem się dobrze z tym, że nie biorę udziału w zabijaniu, że zdrowo się odżywiam itd. Nie miałem też potrzeby pójścia w stronę weganizmu – uwielbiałem wszelkie słodycze i ciasta, objadałem się najróżniejszymi pysznymi serami i jogurtami. Znowu zabrakło świadomości – przecież to naturalne, że kury znoszą jajka a krowa daje mleko. No po to chyba są, prawda?

Cztery lata temu kolejny etap duchowych poszukiwań sprawił, że na mojej drodze pojawił się Mistrz, który wymagał od swoich uczniów, aby byli ścisłymi wegetarianami (tzn. żadnego mięsa i żadnych jajek pod jakąkolwiek postacią). Rozważania nad tym, co wybrać – pączka do kawy czy inicjację w nową metodę medytacji nie trwały zbyt długo – chociaż patrząc z dzisiejszej perspektywy, sam fakt, że się nad tym zastanawiałem, wydaje mi się niezrozumiały. Czyżby inny poziom świadomościJ?

I tak naprawdę, to dopiero od tego momentu stopniowo, dzięki kontaktom z osobami, które były oddanymi wegetarianami, a wielu z nich już weganami, dzięki filmom i różnym artykułom głównie w internecie, zacząłem zdawać sobie sprawę z tego, co naprawdę dzieje się z tzw. zwierzętami hodowlanymi, jak wyglądają farmy hodowlane, jajeczne, mleczne, co dzieje się w rzeźniach. Dowiedziałem się, jaki destrukcyjny wpływ ma hodowla zwierząt i przemysł mięsny na klimat i zdrowie naszej planety. To wszystko plus podwyższenie poprzeczki przez mojego duchowego Mistrza (już nie wegetarianizm ale weganizm – żadnych produktów pochodzenia zwierzęcego – był wymogiem dalszej praktyki) sprawiło, że od około roku jestem weganinem.

Uważam, że do przejścia na weganizm potrzebne są współczucie i świadomość. Świadomość nie tylko tego, co dzieje się ze zwierzętami, zanim ich mięso, jajka czy mleko trafią na nasze talerze, lecz także tego, że zwierzęta mają takie samo prawo do życia w wolności, bezpieczeństwie i szczęściu jak my. Współczucie jest w każdym z nas, natomiast często brakuje świadomości. Jednak w dzisiejszych czasach, w erze internetu i powszechnej informacji, decyzja o tym czy chcemy mieć tę świadomość czy też żyć dalej w błogiej nieświadomości należy tylko i wyłącznie do nas samych.

sobota, 05 marca 2011


Na skraju ulicy wielkiego miasta dostrzegam kawałek trzepoczącej się szmaty. Z bliska widzę, że to mała żywa istota, pisklę gołębia, najprawdopodobniej potrącone przez samochód. Podnoszę, oglądam: ma ranę w okolicy szyi. Słyszę za plecami głos:  "Zostaw go, wszędzie pełno tego paskudztwa, same choroby." Delikatnie wkładam gołąbka do kieszeni bluzki, czuję jego ciepłe ciałko. Pędzę do domu. Oczyszczam i dezynfekuję mu ranę, poję go wodą, przyrządzam papkę i próbuję karmić. Mija kilka godzin, mija dzień, mija czas nadziei, że ptaszek poczuje się lepiej. Ogrzewam go, głaszczę, widzę jak słabnie…

Cóż to za opowieść? Ot, epizod z mojego życia. Karykatura wrażliwości. Bardzo współczułam gołąbkowi i walczyłam o to, by przeżył, a do ust wkładałam jedzenie przesiąknięte cierpieniem i śmiercią. Jak to możliwe, że nie czułam niekonsekwencji i obłudy?

Kiedyś, jak byłam bardzo mała, w pałacu dziecięcej duszy miałam wspaniałą komnatę. Mieszkała w niej miłość i współczucie dla wszystkich istot. Jej wnętrze wciąż wzbogacało się i rosło. Do czasu, aż zatrzaśnięto drzwi, a klucz utonął w morzu łez. „Jedz rosołek”- tłumaczono z życzliwym uśmiechem- „zupka jest dobra, jest z kurki”. Do dziś słyszę swój krzyk. Nic nie dał opór dziecka, do mojej komnaty nie miałam już dostępu. Czułam się zdradzona, oszukana, bezsilna. Gdybym tylko mogła znaleźć klucz... Później go juz nie szukałam, nie myślałam o tym, zapomniałam na długo.

Pewnego dnia okazało się, że do ukrytej komnaty można się dostać bez klucza.

To za sprawą Earthlings, doskonałego filmu dokumentalnego o wykorzystywaniu zwierząt, który poraża swą dosłownością i zdumiewa prostotą przekazu. Oglądałam, zakrywając ekran drżącą dłonią. Łzy utrudniały czytanie napisów. Aż nagle, niespodziewany szturm emocji, przy głośnym werblu serca, wyważył zarośnięte niepamięcią drzwi. Mury kruszyły się, a cudowne wnętrze zapomnianej komnaty zaczęło znów pulsować w mojej świadomości. Nie potrafiłam już wytłumaczyć ludzi z ich okrucieństwa. Nie potrafiłam usprawiedliwić siebie. Wśród chaosu emocji poczułam, że wracam do czasów nieskażonej dziecięcej wrażliwości. Poczułam się wyzwolona, poczułam się sobą.

Następnego dnia film obejrzał mój mąż. Potem była dyskusja, długa i konkretna. I tak zostaliśmy weganami. Z dnia na dzień. Zaczęło się dla nas nowe życie, pełne energii, poszukiwań i satysfakcji. Wolne chwile spędzaliśmy na zdobywaniu wiedzy o zdrowej wegańskiej żywności. Uskrzydleni nową filozofią stworzyliśmy wegański biznes, w który wkładamy całe nasze serce. Minęły dwa lata od wyboru wegańskiej ścieżki. Jesteśmy zdrowi. Jesteśmy szczęśliwi. Inaczej nie potrafilibyśmy już żyć.

Jeśli ktoś z całą stanowczością jest przekonany, że weganizm nie ma sensu, zanim cokolwiek mu odpowiem, pytam: Widziałeś „Earthlings”?

niedziela, 27 lutego 2011

 

Zawsze pociągało mnie odkrywanie prawdy, dociekanie do sedna spraw i rozwijanie swoich możliwości.  Zanim zaczęłam swoją przygodę jako weganka, przez kilka lat byłam wegetarianką.

To może zabrzmi dziwnie, ale nigdy nie garnęłam się do kuchni. Może podświadomie coś mnie stamtąd odrzucało, albo wiedziałam, że to będzie strata czasu. Zostając wegetarianką odetchnęłam głęboko, że nie będę musiała chodzić to tak okropnego miejsca, w którym sprzedaje się zwłoki zwierząt i wpatrywać się w nie, szukając czegoś na swój posiłek. Za to z przyjemnością odkrywałam wiele smaków i darów diety roślinnej. Nie mogłam się wtedy nadziwić całemu temu bogactwu, którego przedtem nie znałam. Zachwycałam się różnymi odmianami kasz, fasolek, soczewic, makaronów i różnych rodzajów warzyw oraz owoców. Mojej drodze do weganizmu towarzyszyło czytanie odpowiedniej literatury i obserwacje swojego ciała. Pamiętam, że zaczytywałam się w czasopiśmie „Wegetariański świat”, książce M. Grodeckiej „Wszystko o wegetarianizmie” i w wielu innych. Miałam również duże wsparcie od znajomych oraz mojego męża, z którym wspólnie przełamywałam wiele stereotypów.

Jajka odstawiłam, będąc jeszcze wegetarianką, przecież tkwi w nich zarodek nowego życia. Mleka właściwie nigdy nie lubiłam. W tym miejscu chciałabym podziękować moim rodzicom, że dawali mi sporą dozę wolności we wszystkim, nie zmuszając do niczego. To sprzyja odkrywaniu. O stronie etycznej „nabiału” mało wiedziałam, bo niby skąd. Żyłam w mieście i nie miałam kontaktu z tymi pięknymi  i inteligentnymi zwierzętami. Dowiedziałam się o tym dużo później, będąc już weganką, co tylko potwierdziło mój wybór sposobu życia. Wiele argumentów dostarczyła mi również książka

dr N.K Sharmy „Mleko – cichy morderca.”

Stając się weganką mogłam zauważyć pewne pozytywne zmiany w moim ciele. Zniknęły problemy z ciągle opóźniającą się i bolesną miesiączką oraz cysta na jajniku.  Mam poczucie lekkości. Czuję się bliżej natury. Stałam się wrażliwsza na jej pozytywne wpływy i zaczęłam doceniać w pełni jej piękno.

Wysubtelniła się wrażliwość kubków smakowych i węchowych.

Zmienił się zapach mojego ciała na przyjemniejszy, delikatniejszy.

Mogę teraz bez poczucia winy patrzeć zwierzętom w oczy.

Najgorsze przeważnie są początki i tak było w moim przypadku. Musiałam odpowiadać na pytania licznych ludzi, tych z rodziny i dalszego otoczenia. W środowisku zawodowym i w rodzinie byłam jedyną weganką. Nie należę do osób bardzo śmiałych, a tu musiałam bronić swojego stanowiska

i tych, którzy „głosu nie mają”, może nie zawsze będąc przekonująca.

Wiedziałam, że jako weganka jestem pod obserwacją wielu, a mnie zależało na tym, żeby pokazać im, że ta dieta jest dla wszystkich, więc nigdy nie uskarżałam się na zdrowie, starałam się tryskać energią.

Zdarzały się czasami lekkie przeziębienia (rzadsze niż przedtem), które mogłam wyleczyć za pomocą naturalnych metod. Herbata malinowa lub z cytrynką, czosnek, pietruszka, cebula, olejki eteryczne, ciepłe kąpiele. To dziwne, że gdy ludzie jedzący zwierzęta chorują, biorąc tony antybiotyków lub przechodząc liczne zabiegi, uważa się to za normę, ale gdy choruje weganin to wtedy sprawa jest już przesądzona- „na pewno to sprawa diety”. Na swojej drodze zawodowej spotkałam jednak cudowną osobę, moją kierowniczkę, która była bardzo otwartą kobietą. Dowiedziałam się później od niej właśnie o tym jak spostrzegane są choroby u wegan. Broniła mnie jednak, mówiąc innym zainteresowanym „no tak choruje, ale leczy się naturalnymi metodami, bez żadnych powikłań.”

W czasie swojego życia pracowałam w różnych placówkach z dziećmi. W niektórych musiałam chodzić z dziećmi na stołówkę. Zawsze zabierałam ze sobą wtedy termos z jedzeniem. Wzbudzało to zainteresowanie współpracowników. Docierały do mnie pytania typu : „Pani Renato, a co ma pani w tym termosie?”. Zmęczona tymi powtarzającymi się sytuacjami, pewnego dnia odpowiedziałam (choć może zabrzmiało to niegrzecznie) - ,„Dżdżownice!”

W zakładach pracy jest zwyczaj urządzania imienin, czyli słodkiego poczęstunku. Ja również je przygotowywałam. W pamięci utkwiło mi jedno związane z tą sytuacją pytanie, jednej z moich współpracowniczek, które padło w związku z ciastem – „Pani Renato, a czego tu nie ma?”.

Teraz wiem, że te wszystkie moje starania, dociekania oraz liczne zaczepki ze strony innych ludzi miały mnie wzmocnić w mojej postawie. Z biegiem czasu stałam się bardziej kompetentna w dziedzinie weganizmu, udzielając odpowiedzi na pytania. Poznałam też liczne tajniki wegańskiej sztuki kulinarnej, którymi mogę dzielić się z innymi, obserwując przy tym ich zaskoczenie, że coś tak pysznego można zrobić wykorzystując tylko produkty roślinne.

Teraz odkrywam, wraz ze swoim mężem, tajniki surowej diety wegańskiej, znanej jako witarianizm lub raw food.

02:21, iveggy , Moja wegańska historia
Link
wtorek, 22 lutego 2011

Małymi krokami ku weganizmowi

Urodziłam się w rodzinie mocno mięsożernej jako niepoprawny niejadek, ku zgryzocie rodziców. Od najmłodszych lat przechodziłam katusze będąc świadkiem zabijania kur, kaczek, gołębi, jako przygotowanie do dorosłego życia, w którym trzeba sobie dać radę. Buntowałam się przeciw temu, płakałam i słyszałam tłumaczenia, że taki już jest ten świat – jedni drugich zjadają i nic na to nie można poradzić. Poddałam się temu, jadłam tradycyjnie, choć z wielką ulgą ukradkiem wrzucałam mięso pod stół, gdzie piesek zjadał je natychmiast. Kiedy w ręce wpadła mi książka M. Grodeckiej ,,Zmierzch świadomości łowcy’’, pomyślałam, że odżywianie bez mięsa jest wspaniałe, ale niemożliwe do przejścia w mojej rodzinie przekonanej o konieczności spożywania białka zwierzęcego. Książka spoczęła na półce na kilka lat.

Na szczęście moja koleżanka ze studiów przeszła na wegetarianizm. Opierając się na wiedzy zaczerpniętej z gazet przekonywałam ją, że źle robi i nabawi się przez to chorób. Ona wykazała się cierpliwością, taktem i mądrością podsuwając mi artykuły z ,,Wegetariańskiego świata’’ (Internetu jeszcze nie było). Pierwsze, jakie czytałam wywołały dysonans. ,,Jak to? Jezus był wegetarianinem? Wegetarianie skłonni są wszystko przerobić do swojej ideologii’’. Zaczęłam poszukiwać dowodów na obalenie tej tezy i dotarłam do jakiejś starej książki, w której opisana była społeczność Esseńczyków, do której należał Jezus. No dobra: 1:0 dla wegetarianizmu. Czytałam dalej i pamiętam, że przełom w moim myśleniu nastąpił po  artykule opisującym połowy dalekomorskie. Zawartość sieci rybackich, w których można znaleźć nie tylko ryby, ale też łapane ,,ponadprogramowo’’ foki, delfiny, małe wieloryby, żółwie morskie i ptaki wzbudziła mój żal.

Kochałam zwierzęta od dziecka, przynajmniej tak mi się zdawało. Takie informacje, że salami jest z osiołka, a kabanos z konika były wstrząsami. Jakie to szczęście, że w końcu dowiedziałam się, że jedzenie zwierząt nie tylko nie jest konieczne, ale też jego odstawienie daje większy spokój, zrównoważenie i zdrowie.

Mój umysł był już gotowy, a przejście do działania dokonało się po poznaniu osoby, która wyznała, że jest wegetarianką od lat i czuje się wyśmienicie. Moja odmowa skwarek w domu zapoczątkowała pasmo awantur, zmagań, płaczu, ale też trwania w postanowieniu  mimo, że moja decyzja spotkała się z niezrozumieniem. Był to przejaw troski rodziców o moje zdrowie, o które chcieli dbać zgodnie z tym, co propagowano w społeczeństwie, czego nauczyli się od własnych rodziców. Stopniowo rodzice się uspokajali widząc, że jestem w doskonałej kondycji, zniknęły problemy skórne trapiące mnie od lat, a wyniki krwi były bardzo dobre. Coraz bardziej akceptowali moją odmienność i chociaż gotowałam sobie sama, z czasem zaczęli mnie raczyć ciastami bez jajek i wymyślnymi potrawami warzywnymi. Zjadałam wszystko z wdzięcznością ciesząc się ze zmiany ich postawy.

Minęło kilkanaście lat, zanim zostałam weganką, bo chociaż unikałam mleka, byłam wielbicielką mlecznej czekolady. Okresowo jadałam ser, lecz po obejrzeniu filmu Meet your Milk mleczne rzeczy stanęły mi w gardle. Do dziś pamiętam ostatnią scenę filmu, gdzie widać cielaka sprzedawanego na rzeź i słychać głos Aleca Baldwina mówiący: Jeśli pijesz mleko, bierzesz w tym udział.

Kiedy podjęłam decyzję o przejściu na weganizm ,,na pełen etat’’ znalazłam się akurat w uroczej kawiarni ze znajomymi. Był z nami jeden weganin. Przyłączyłam się do niego w siedzeniu przy samej herbacie z dobrym humorem. Przypomnienie tej sceny budzi mój uśmiech, bowiem w tej chwili wszystkie osoby, które wtedy siedziały przy stoliku, są weganami.

Weganizm to tylko kwestia czasu – gdy dotrą do nas odpowiednie informacje, a kochamy zwierzęta, nie da się inaczej. Większość ludzi po prostu nie ma świadomości jak naprawdę wytwarzane są produkty zwierzęce. Jednak teraz dostęp do informacji jest coraz większy poprzez Internet, książki, nawet niektóre pisma zamieszczają odważne artykuły o szkodliwości produkcji zwierzęcej dla zdrowia, środowiska, planety. Coraz więcej jest osób, które mogą udzielić rady, wspomóc wskazaniem literatury czy po prostu podać linki lub pokazać, jak przyrządzić wegańskie posiłki. Przejście na dietę roślinną jest łatwe, jeśli się tylko chce.

Jestem wdzięczna Bogu i wszystkim, którzy pomogli mi otworzyć oczy na szlachetną naturę człowieka.  Moje życie na diecie wegańskiej jest inne – przepełnione prawdziwym szacunkiem dla wszelkiego przejawu życia i powrotem do radosnego, czystego, wręcz dziecięcego nastawienia do zwierząt i świata.

czwartek, 17 lutego 2011

 

Ja, świnka

Od  czego się zaczęło? Sceny okrucieństwa jawią się przed oczami jak krótkometrażowy, poklatkowy film.  Kadry...  Cyrk w mieście, wielbłąd z krwawiącym garbem przywiązany pod sklepem, obok wesoły plakat zachęcający  roześmianymi twarzami klaunów. Rozjechane jeże na zboczach ulic.  Tamten kot, był czyimś pupilkiem – rozjechany (ironio!) przez karawan pogrzebowy. Dzieciństwo spędzane na wsi, wśród zwierząt hodowlanych.

 

-Dziadku, nie chcę zjeść indyka

-Ale to przecież Kaśka, ta co się z nią w wakacje bawiłaś -  argumentacja do mnie nie trafiła.

Filmowa świnka Babe, transportowane w ciasnych zagrodach świnie i konie, bezdomne, wychudzone psy i koty. To zwierzęta wywoływały we mnie większe współczucie. Czasami większe niż ludzie. Przez ich niewinność, czystość, niewiedzę. Jak powiedzieć młodemu cielakowi, że nie jest już nikomu potrzebny?

Najważniejszy punkt przełomowy, wycieczka szkolna do wrocławskiego ogrodu  zoologicznego. Krótko po śmierci matki, w drugiej klasie szkoły podstawowej.  Mała, pulchniutka Różyczka weszła do ogrodzonego mini zoo ze zwierzętami, których ludzie nie przywykli widzieć żywych.  Wśród gonionych przez rozwrzeszczane dzieci kóz, potrzebowałam azylu. Podeszłam do przyciemnionej klatki (mniej więcej dwa metry na półtora).  Zobaczyłam leżącą maciorę, jej oczy krzyczały żałośnie. W kącie dostrzegłam kilka ciasno leżących prosiąt wietnamskich. Postanowiłam zostać przy nich tak długo, jak to będzie możliwe. Włożyłam rękę przez kratę i dałam matce maluchów precelka, zdobyłam tym jej sympatię, pozwoliła mi się pogłaskać. Mówiłam do niej klęcząc, mówiłam jak bardzo chciałabym zabrać ją ze sobą wraz z gromadką. Jej wzrok zdawał się rozumieć. Gdy już miałam odchodzić, locha odwróciła się, by popchnąć ku mnie pyskiem jedno ze swoich młodych. W oczach stanęły mi łzy, coś pękło w sercu ośmiolatki. W drodze powrotnej cała klasa ruszyła szturmem do Mc Donald’a. Ja siedziałam w autokarze, zaś dwa lata później zostałam wegetarianką.

Zaczęło się od empatii, szeroko pojętej. Tu moja historia staje się inna niż reszta. Od dziecka byłam znana z tego, że pochłaniałam duże ilości jedzenia, w szkole podstawowej dzieci przezywały mnie wieprzem. Nie do końca mnie to dotykało, gdyż po zaistniałym incydencie uwielbiałam świnie. Jednak wiedziałam więc o co chodziło. Miałam problem z nadwagą. Nawet gdy przestałam jeść mięso, przybierałam na wadze. Nie odżywiałam się zdrowo, jadłam produkty z paczek, gdyż nikt dla mnie nie gotował. W pewnym momencie postanowiłam to zmienić. Postanowiłam pojechać do ośrodka dla młodzieży z nadwagą, było to trzy lata temu. To tam, mając specjalną dietę wegetariańsko – niskokaloryczną, zaczęłam zastanawiać się nad pochodzeniem mleka i jaj. Nie mogłam uwierzyć w to, że wcześniej nie przyszło mi to do głowy, czułam wszechogarniające wyrzuty sumienia. Czułam się cmentarzyskiem, dodatkowo nie akceptowałam swej fizyczności. Wtedy dopadł mnie demon, z którym walczę do dzisiejszego dnia – bulimia.

Gdy wróciłam do domu, zaczęłam czytać o weganizmie, ułożyłam dietę, dzięki której mogłam dalej chudnąć. Na co dzień byłam weganką, jednak nastawały momenty, gdy choroba brała nade mną górę. Gdy czułam wilczy głód, jedzenie traktowałam przedmiotowo, nie myślałam o etyce, mleko było płynem, a nie śmiercią cieląt. Wiadomo, czym kończą się wyrzuty sumienia. Z dnia na dzień czułam się coraz gorzej, miałam świadomość, że w atakach furii nie kontroluję się, zabijam. W końcu prawie zupełnie ograniczyłam jedzenie w ogóle. Schudłam trzydzieści cztery kilogramy i zemdlałam z głodu. Trafiłam do szpitala, gdzie wmuszano we mnie jedzenie, sery, jajka, mleko... Czułam się podle.

Po powrocie do domu byłam pod stałą obserwacją, miałam „naprawić” wykończony organizm. Po roku sytuacja się powtórzyła, trafiłam do szpitala. Nikt nie potrafił mi pomóc. Zawaliłam szkołę i odseparowałam się od przyjaciół. Leczenie nie przyniosło rezultatów.

W pewnym momencie zrozumiałam to, o czym teraz piszę. Wrzucanie w siebie jedzenia zapełniającego pustkę emocjonalną. To wyrzuty sumienia spowodowane śmiercią zwierząt. Dziś jestem silną weganką, co prawda niezbyt długo, ale czuję jak rośnie we mnie akceptacja samej siebie, życia w zgodzie z naturą. Utrzymuję wagę i trzymam się z daleka od produktów pochodzenia zwierzęcego, napawają mnie obrzydzeniem. Siłę dają mi oczy wpatrzone we mnie w ogrodzie zoologicznym. Oczy każdego zwierzęcia na Ziemi. Weganizm pomógł mi w pewnym stopniu zwalczyć chorobę. Pomógł zrozumieć siebie, dać światu coś dobrego.

czwartek, 10 lutego 2011

 

Weganizm może się komuś wydawać ekstremalny. Ale ekstremalny jest sposób, w jaki traktujemy zwierzęta – od inseminacji, przez okaleczanie i eksploatację w hodowli aż do okrutnego zabijania. To jest ekstremalne. Dla mnie weganizm jest naturalnym sposobem życia, zgodą z własnym sumieniem i dążeniem do tego, by nie czynić innym tego, co dla mnie niemiłe. To całkiem naturalne, jak naturalne dla większości ludzi jest to, że nie zjedzą kota sąsiada, ani nie zabiją szczeniąt swojej suni, by zabrać jej mleko.

Jestem weganką od trzech lat, wegetarianką od kilkunastu. Decyzja o weganizmie nie nadeszła nagle, dojrzewałam do niej stopniowo mając za sobą dłuższe i krótsze okresy diety całkowicie roślinnej.

Jesteśmy ludźmi, a miarą naszego człowieczeństwa jest sposób odnoszenia się do słabszych istot – i ludzi, i zwierząt.  Kiedyś nie miałam pojęcia o zależności między produkcją mięsną a głodem na świecie. Czułam się zawsze bezradna wobec tego problemu. Nie powinniśmy z obojętnością przyjmować umierania z głodu przedstawicieli naszego gatunku, tym bardziej, jeśli ma to związek z naszymi wyborami. Teraz wiem, że odstawienie kotleta i przyjęcie diety roślinnej ma wielki wpływ na zmniejszenie głodu na świecie i przyniesienie ulgi środowisku, bowiem to właśnie mięso jest głównym powodem wycinania lasów, to właśnie mięso pochłania większość zbiorów zboża i soi, którymi można by nakarmić ludzi, to właśnie mięso powoduje zużycie większości zasobów wody, podczas gdy brakuje jej ludziom i zwierzętom żyjącym w naturze, to właśnie mięso jest główną przyczyną zatrucia zbiorników wodnych chemią, co odbija się na naszym zdrowiu.

Zastanawiam się, jakie byłyby skutki przyjęcia diety opartej na współczuciu przez wszystkich ludzi na Ziemi. Życie bez głodu, wojen,  agresji, rywalizacji… Życie w obfitości, bez pracowania ponad siły na to, by płacić swoimi podatkami na zbrojenia, policję, więziennictwo, służbę zdrowia,  masową rzeź niewinnych stworzeń, oczyszczanie wody. Czy naprawdę  największe szczęście da nam nowy samochód, droga biżuteria lub najmodniejszy ciuch? Czy nie byłoby głębszym i trwalszym szczęściem żyć na planecie, na której wszyscy są życzliwi dla siebie wzajemnie szanując każdy przejaw życia?

Zajadam się pachnącymi deserami owocowymi, wegańskimi lodami lub przepyszną wegańską bitą śmietaną bez kropli krwi i mam nadzieję, że coraz więcej ludzkich serc będzie się otwierało się na współczucie.

07:53, iveggy , Moja wegańska historia
Link
niedziela, 06 lutego 2011

 

Kiedy ktoś ma imię, to trudno go zjeść

Jako dziecko miałam okazję zetknąć się nie tylko ze zwierzętami zwyczajowo trzymanymi przez ludzi w domu. Kiedy byłam kilkuletnim maluchem, na ogródku pojawił się prosiaczek Duduś, najweselsze stworzenie pod słońcem. Miał kokardkę na szyi, brykał jak szalony i przybiegał, kiedy go wołałam. Biegający prosiak był tak pocieszny, że nie dało się go nie kochać. Zaprzyjaźniliśmy się. Po kilku dniach okazało się, że Duduś z nami nie zostaje, a będzie mieszkał u sąsiada. Nie wiem ile czasu upłynęło, wiedziałam, że Duduś tam jest, ale był zamknięty i jeśli czasem go widziałam, to z daleka. Urósł. Pewnego dnia przerażający kwik rozdarł powietrze i wtedy zrozumiałam, co się stało…

Na podwórku mieliśmy mały kurnik, a w nim cztery kury. Moją ulubioną – Jagusię – sadzałam sobie na ręce. Była bardzo spokojna, łagodna i zdawała się rozumieć, co do niej mówię. Jagusia stawała się coraz słabsza i profilaktycznie zabito ją i zakopano, bo zjedzenie mięsa chorego zwierzęcia mogło się wiązać z jakimś ryzykiem. Kiedy kury zaczęły znosić mniej jajek, trafiły pod nóż. Zapowiedziałam kategorycznie, że nie zjem żadnej z tych kur i wszystkie zostały komuś oddane. Chyba nie tylko ja nie mogłabym przełknąć ich ciał.

Sąsiad hodował króliki. Chętnie tam zaglądałam. Dwa szczególnie śliczne ujęły mnie niezwykłą króliczą delikatnością. Bardzo chciałam móc jednego zabrać do domu, szczególnie tego srebrzystego. Mama się nie zgodziła. Nie rozumiałam w czym tkwi problem, więc zapytałam: ,,Dlaczego?’’ Odrzekła, że nie lubi króliczego mięsa. Brrr… Ja go chciałam jako przyjaciela, a nie jako pasztet.

Co za świat? Jak tu kochać zwierzęta jednocześnie wkładając ich ciała widelcem do buzi? Cmentarz. Brzuch to cmentarz, a usta to brama cmentarna. Szkoda, że nie uświadomiłam sobie tego od razu.

Weganizm pojawił się w moim życiu po ładnych paru latach od tych wydarzeń jako konieczność życia w zgodzie z samą sobą, ze swoim sumieniem, jako konieczność pogodzenia miłości do zwierząt z codziennym życiem. Mam nieodparte wrażenie, że Duduś, czy Jagusia chciały mi coś przekazać. I przekazały – niewidzialną, bezinteresowną miłość, której przez wiele dni nie umiałam odwzajemnić zwierzętom. Teraz jestem spokojna i szczęśliwa. Ale całkowity spokój odczuję, gdy ostatnia rzeźnia zostanie zamknięta.

 

piątek, 04 lutego 2011

Kubuś i inni

Zapewne wszyscy znają Kubusia Puchatka – niedźwiadka, najbardziej ze wszystkiego lubi miodek. Ma przyjaciela Prosiaczka, który lubi jabłka i arbuzy, a Tygrysek przyjaźni się z królikiem i osłem kłapouchym i razem na wspólnych piknikach wcinają torciki i owoce.

To jest oczywiście bajka, ale dlaczego w bajkach zając nie zostaje schrupany przez wilka, lew simba zaprzyjaźnia się z dzioborożcem Zazu, surykatką Timonem i guźcem Pumbą i nie są oni dla niego pożywieniem? Czy jeśli z natury bylibyśmy mięsożerni, przeszkadzałoby nam pokazywanie naszym potomkom  oprawianie martwego zwierzęcia? Przecież lwica uczy lwiątka jak polować i ze smakiem w towarzystwie swoich dzieci rozszarpuje krwiste wnętrzności. My tego nie robimy, bo jesteśmy inteligentnym, empatycznym gatunkiem, stojącym wyżej w ewolucji niż myśliwi z plejstocenu. Wzruszamy się, kiedy dzieje się krzywda naszemu psu, czy kotu. W innych krajach ludzie hodują świnki, które zostały przyuczone do wyszukiwania kasztanów jadalnych (ale tam nie zjada się współpracowników).W innej kulturze krowy traktowane są jak święte i pozwala się im żyć do późnej starości. Oburzamy się, gdy w innych miejscach naszego globu ktoś zje psa lub kota, ale w innych krajach poczytane nam zostanie za bestialstwo sprzedawanie koni na rzeź. Jedni pływają z delfinami i potrafią oswoić orkę, a inni polują na nie w takich ilościach, że jest zagrożonym gatunkiem.

Jak wytłumaczyć to, że jedne zwierzęta są naszymi przyjaciółmi, a inne możemy zjeść. To tak, jak byśmy mogli zjadać po prostu obce nam osobniki, a ocalić tylko zaprzyjaźnione. A to też nie zawsze. Czasami jest przecież tak, że w gospodarstwie rodzi się na naszych oczach prosię, cielę, źrebię. Opiekujemy się nimi od dziecka, rosną w naszym domu, karmimy je, a ono nam ufa i nie przeczuwa nawet, że ta ufność do jemu bliskich opiekunów jest daremna. Czy my, inteligentni, cywilizowani ludzie, nie widzimy w tym braku sensu i logiki?

Nie jesteśmy drapieżnikami, ani nawet padlinożercami. Nikt z nas nie chciałby pokazać naszym wrażliwym dzieciom, skąd wziął się na ich talerzu „różowy pasterek szyneczki” – jaki proces poprzedził ten kawałek niewinnie wyglądającego pożywienia. Dodając do tego stres zabijanych zwierząt, ich choroby spowodowane niehumanitarna hodowlą, leczenie antybiotykami, moglibyśmy poddać pod rozwagę naszą dietę, która nie dosyć, ze nie odróżnia nas od pierwotnych ludów, to nie jest nawet zdrowa. A tak daleko, zdawałoby się, zaszliśmy w procesie cywilizacji…

wtorek, 01 lutego 2011

Dzisiaj następna wegańska historia:

Jestem weganką podobnie jak moje dziecko i pies.

Czujemy się świetnie, jesteśmy zdrowe i mam przekonanie, że tędy droga dla świata.

Wychowujemy się z reguły w rodzinach, w których rodzice pełni poświęcenia dla swoich pociech większym lub mniejszym wysiłkiem zapełniają talerze wędlinami i mięsem, żeby dzieciom nic nie brakowało i chowały się zdrowo.

Taki model został nam wpojony przez lekarzy i media.

Mimo że już od dawna nauka dostarcza dowodów jakim błogosławieństwem dla zdrowia jest wegańska dieta, wpojony stereotyp i przyzwyczajenie blokuje przed dokonaniem zmian.

Często musi się zdarzyć coś okropnego w życiu, co wstrząśnie jego podstawą, jak choroba czy śmierć kogoś bliskiego, abyśmy znaleźli chwilę na zastanowienie, że czas na zmiany!

Gonitwa za materią i pragnienie życia w dobrobycie zupełnie przesłoniło nam obraz kim jesteśmy.

A jesteśmy pięknymi istotami i nie godzi nam się zjadać po barbarzyńsku innych istot zasiedlających razem z nami tą planetę i zadawać  im cierpień.

Czas by piękne istoty z szacunkiem dla Matki Ziemi naprawiły to co popsuły w czasie swojego  rozwoju.

Czas by piękne istoty poczuły, że stanowią jedno z naturą i obowiązkiem ich jest dbać o nią z wzajemną korzyścią.

Piękne istoty z planety Ziemia mają otwarte serca i umysły na najwyższe i najprostsze wartości: miłość i współczucie.

To nie są mrzonki tylko najczystsza prawda, którą możemy tak łatwo wprowadzić w życie kładąc współczucie na talerzu.


niedziela, 30 stycznia 2011

Dzisiaj następna wegańska historia:

 

 

Moja wegańska historia? Jak większość rzeczy w moim życiu zaczęła się od siostry.

Najpierw wegetarianizm - miałam na niego ‘ochotę’ od małego. Zawsze czułam, że coś jest nie tak w tym kotlecie, pasztecie i innych takich specyfikach. No ale jako dziecko żadnej specjalnej wiedzy nie posiadałam ;) Gdy siostra „została” wegetarianką - tym bardziej chciałam też. Słyszałam wtedy jedną z opinii pt. „jak skończysz 15 lat, bo wcześniej to niezdrowe”. Właściwie chyba nikt nie wiedział dlaczego ;). Wyszło tak, że zaczęłam jeszcze przed skończeniem tych magicznych piętnastu lat, przeżyłam to bez żadnego uszczerbku na zdrowiu i bez żadnych, nawet małych wojen z rodzicami. Za to im bardzo dziękuję, bo wiele razy słuchałam i czytałam opowieści innych wegetarian dotyczące problemów – nawet już w dorosłym życiu – w domu, z rodzicami właśnie. Mama nie martwiła się o moje zdrowie z tego tytułu (chociaż przyznaję, że na początku mojego wegetarianizmu może i warto było :D. Jak wspomnę sobie tę mało urozmaiconą kuchnię…  typowe ‘wyrzucenie kotleta z talerza’…). Wiedziała, że sobie poradzę i krzywdy nie zrobię. Tata na swój dziwny sposób też popierał. Wyśmiewał czasem, powtarzał oklepane stereotypy i zupełnie bezsensowne żarty... ale wiele razy opowiadał wszystkim o mojej, naszej wrażliwości, z której był dumny.

Stosunkowo niedawno siostra ogłosiła się weganką. Zaczęła przedstawiać mi książki i poglądy Joan Dunayer i Garego Francione, pokazała, że wykorzystywanie zwierząt jest złe samo w sobie, nawet wtedy gdy "nie dzieje im się krzywda", że nie ma znaczenia czy jajka są z chowu klatkowego, czy z "wolnego" wybiegu - niesprawiedliwość jest ta sama.We mnie wtedy też zaczęło to dojrzewać.. coraz więcej myślałam, myślałam, myślałam... Zaczęłam czytać więcej odpowiednich rzeczy, rozmawiałam z siostrą, dopytywałam, pytałam o jej zdanie na różne kwestie. Uczestniczyłam w kilku znaczących dla mnie dyskusjach – nawet jeśli to uczestniczenie było tylko czytaniem – i tak wiele mi dało. W końcu przestałam smarować chleb masłem, serkiem, sprzedałam skórzane glany itp. Zaczęłam bardziej zagłębiać się w sprawy etyczne. Zresztą nie tylko dotyczące bezpośrednio weganizmu, praw zwierząt (wszystkich, zatem i praw człowieka również). Ochroną środowiska i tzw. Ekologią zafascynowana byłam zawsze. Wszystkie nowe wybory wiązały się z wieloma aspektami. Cieszyło mnie eliminowanie, dochodzenie do kompromisów, świadomość konsumpcji…

Wtedy też dzięki przyjaciółce zaczęłam gotować. Zawsze podziwiałam ją i jej kuchenne poczynania. No bo jak to.. czasy licealne a ona gotuje. I to zupełnie niestandardowo! No kurczę... zazdroszczę… „chce jej się! :D”… ale ale... przecież sama też tak mogę zacząć. Czemu mam tylko zazdrościć? ;) I zaczęłam. Co więcej - kończyć nie zamierzam :D. Sprawy dietetyczne wciągnęły mnie tak samo jak etyczne. Staram się ciągle dowiadywać więcej i więcej... Pokazywać ludziom, jak prosto i przyjemnie jest stworzyć dobre, zdrowe i pięknie wyglądające jedzenie. Jeśli tylko ktoś chce się czegoś dowiedzieć  - staram się rozmawiać. Ale tylko wtedy, kiedy ktoś wykaże realną chęć odpowiedzenia sobie na postawione pytania… a nie tylko wypalić standardowym tekstem, dla zasady.

Bardzo dużo zmieniło się w moim życiu... bo ja się zmieniłam. I codziennie nie mogę uwierzyć w to, co widzę, patrząc na poczynania ludzi z siatami „niezbędnych” zakupów, pędzących z pracy do domu, narzekających na wszystko co się da, zmęczonych...  w imię „bo tak to już jest na tym świecie”.  Załamuję się, ale z drugiej strony okropnie się cieszę, że mimo swoich dwudziestu lat już wiem, że jest tak, bo tak robimy, takie a nie inne schematy powtarzamy i że każdy, w każdej chwili może to zmienić.

Siostra, przyjaciółka i cała „historia z weganizmem” spowodowały, że jestem teraz taka jaka jestem – szczęśliwa i spełniona. Nie marnująca jedzenia, starająca się szanować (prawa) wszystkich, myśląca o konsekwencjach większości podejmowanych działań, świadoma coraz większej ilości rzeczy – i chcąca mieć wpływ na zmianę tego, co zmienić trzeba.


piątek, 28 stycznia 2011

Dzisiaj następna wegańska historia:

Terapia weganizmem

Już jako mała dziewczynka chciałam być wegetarianką, jednak rodzice nie pozwalali mi na to aż do szóstej klasy. Wtedy właśnie zainteresowałam się jogą, a mama sądząc, że szybko mi przejdzie, pozwoliła na wegetariańską dietę. Wytrwałam krótko – tylko rok. Zważywszy jednak na to, że nie wiedziałam wtedy o wegetarianizmie tyle, ile wiem teraz, to i tak dużo, bo przecież nie urozmaicałam swojej diety soją ani tofu, właściwie nie odżywiałam się naprawdę zdrowo, bo jadłam bezmięsne fast foody i końskie ilości czekolady. Złamałam się w czasie wakacji we Włoszech, a przyczyną nagłego unicestwienia mego wegetarianizmu było nic innego jak kebab z baru w Giusanno.

Byłam na siebie zła, ale zrobiłam sobie kilkumiesięczną przerwę od wegetarianizmu. Mimo wszystko przez kolejne trzy lata powracałam do tej diety, bo będąc wegetarianinem raz, stajesz się nim na całe życie.

W końcu nastąpił przełom. Pewnego dnia, w moim mieście odbywał się wykład na temat Buddyzmu Diamentowej Drogi. Poszłam, zachwyciłam się, zaczęłam praktykować. Nagle zmieniło się we mnie wszystko i nie mogłam już chcąc mieć do siebie szacunek jeść mięsa, krzywdzić tym samym zwierzęta. Postanowiłam, że przestanę jeść mięso, potem słodycze, mleko, jajka, wszystko co pochodzi od zwierząt. Początki były trudne i przez pierwsze dwa tygodnie trudno było mi znów przyzwyczaić organizm do ignorowania wdzięków kurczaka, indyka, świni. Kiedy było mi trudno powtarzałam sobie mantrę Karmapa Czienno lub siadałam na łóżku i medytowałam przez 15-20 min. To pomagało.

Wkrótce jednak przestałam wierzyć w Buddyzm, a mimo to weganizm we mnie pozostał. Cały czas planowałam sobie posiłki, żeby nigdy nie być głodną i dostarczać organizmowi wszystkich potrzebnych witamin. To jest właśnie zasadnicza różnica między wegetarianizmem a weganizmem – nie musisz wysilać się planując wegetariańskie posiłki, bo brak mięsa w jadłospisie jest tylko korzyścią, osobiście nigdy nie miałam żadnych zdrowotnych problemów będąc na diecie wegetariańskiej. Z weganizmem jest inaczej – musisz naprawdę o siebie dbać, gotować, wykazać się inwencją czasem zmusić do jedzenia czegoś paskudnego. Niektórzy mogliby powiedzieć, że taka dieta jest męcząca. Owszem czasami jest, bo kiedy wracałam po szkole do domu o godzinie 17 i byłam wycieńczona, zamiast zrobić sobie kanapkę z serem lub zjeść waniliowy serek homogenizowany, musiałam gotować sobie coś zdrowego i czasochłonnego. Mimo to – nie żałuję. Będąc weganką miałam świadomość przyczyniania się do polepszenia świata, a przede wszystkim – sama stawałam się lepsza. Przestałam palić, pić alkohol i brać narkotyki. Nie ukrywam, że przed przejściem na weganizm miałam psychiczne problemy – bardzo restrykcyjnie się odchudzałam, cięłam, nie miałam do siebie szacunku, co przejawiało się nawet w moich relacjach z innymi ludźmi. Stopniowo, jedząc orkiszowy chleb posmarowany sojowym pasztetem o smaku papryki i dwoma plastrami pomidora na śniadanie, zupę afrykańską na obiad a na kolację szpinak z czosnkiem, zmieniała się moja osobowość, stosunek do siebie, do wszystkiego.

Niestety musiałam zakończyć przygodę z weganizmem, bo tak czy inaczej – w Polsce produkty wegańskie są droższe od zwykłych, niezdrowych. Zrobiłam to z żalem, jestem jednak stuprocentowo pewna, że kiedyś, być może już niedługo znów przejdę na weganizm i wytrwam w nim. W końcu zawdzięczam mu tak wiele – dzięki niemu jestem tym, kim jestem.

wtorek, 18 stycznia 2011

Dzisiaj pierwsza wegańska historia:


„Nie dojeniu cudzych kobiet”

W lutym minie rok odkąd jestem weganką.

Po nastu latach wegetarianizmu spadło to na mnie z dnia na dzień.

Po prostu budzisz się pewnego dnia i nie masz ochoty na coranny jogurt do płatków.

Na początku  z mojej strony był bunt; „Nie będziesz mi organizm mówić co mam robić” i takietam.

Ale spisek organizmu i podświadomości był silniejszy.

Początki były dziwne bo jak wegan bez przekonania może kogoś przekonać dlaczego jest weganem.

Myślałam że mi przejdzie, myślałam że jak pojedziemy w nasze ukochane Bieszczady

gdzie jest najlepsze wegetariańskie jedzenie na świecie to pory zapiekane w serze pleśniowym mnie wyleczą.

Nic z tego. Skończyło się tym że to gospodarze zaczęli rozważać weganizm a ich córa nawet przeszła na.

Teraz po roku samoobserwacji kilku przeczytanych tekstach nie wyobrażam sobie jak znowu mogłabym

pić pokar dla czterożołądkowych rogatokopytch cielaków czy jeść wody płodowe kur

a najważniejsze że dobrze się z tym czuje.

I tyle.

 

K.


05:11, iveggy , Moja wegańska historia
Link
sobota, 15 stycznia 2011

Weganki i weganie! Zapraszamy do podzielenia się swoją historią czy zdarzeniem, wesołym lub smutnym. Każda historia może stać się pokarmem dla innych wegańskich dusz.


Historie należy przesyłać na adres:  mojahistoria(at)organicmagazine.pl

Więcej informacji na stronie magazynu Organic

04:19, iveggy , Moja wegańska historia
Link
piątek, 07 stycznia 2011

Wspólnie z magazynem zapraszamy na konkurs:

Moja wegańska historia

Wszystkie nadesłane teksty zamieścimy na tym blogu, a kilka wybranych opublikujemy w magazynie Organic.


 

Doświadczyłeś dzięki weganizmowi czegoś nowego? Opisz swoją historię!

Jesteś weganką, weganinem, rodzicem, aktywistą, a może głównie wielbicielem wspinaczki ściankowej, literatury iberoamerykańskiej, domowego chleba?

W twoim otoczeniu jest weganin, lubisz go, a może drażni cię, jego sposób życia jest dla ciebie bardziej lub mniej akceptowalny?

Jaka jest Twoja historia?

Spisz i/lub sfotografuj swoją wegańską historię, bez czarowania, prawdziwą, ludzką, może być i zwierzęcą. Przedstaw weganizm w jego różnych barwach, w którym dieta jest przecież jedynie punktem wyjścia.

Na Twoją historię czekamy do 10 marca 2011 roku. Najciekawsze historie zostaną opublikowane na łamach „Organic”, a jedną z nich nagrodzimy koszem pysznego tofu.

W koszu znajdują się wszystkie produkty Lord of Tofu: tofu wędzone, z przyprawami, z pastą pomidorową, sezamem, czy a`la salami. Kosz tofu ufundował sklep OnlyNature.pl.

Do wegańskiej historii również zapraszają:


 

Więcej informacji: www.organicmagazine.pl

Strona konkursu: http://organicmagazine.pl/spoleczenstwo/swiat-i-ludzie/konkurs-moja-weganska-historia/menu-id-203.html

HISTORIE MOŻNA WYSYŁAĆ NA ADRES: mojahistoria@organicmagazine.pl

06:54, iveggy , Moja wegańska historia
Link
sobota, 18 grudnia 2010

Podziel się swoimi przeżyciami, opowiedz, jak i dlaczego przeszłaś/przeszedłeś na weganizm, jak zareagowała rodzina i znajomi,  albo jakąś ciekawą, zabawną lub smutną historię. Wszystkie opowiadania ukażą się na tym blogu, a kilka wybranych zostanie wydrukowanych w magazynie Organic.

Zapraszamy!

06:12, iveggy , Moja wegańska historia
Link
sobota, 27 listopada 2010

Alicia Silverstone, amerykańska aktorka i autorka książki popularyzującej wegańską dietę pt. The Kind Diet (Życzliwa Dieta),  prowadzi uroczego wegańskiego bloga. Parę tygodni temu otrzymała inspirujacy i serdeczny list od swojej czytelniczki, Kat. Poniżej tłumaczenie tego listu:

"Źle się czując niemal całe moje życie, poszukiwałam remedium. Kiedy natknęłam się na „Życzliwą Dietę”, wiedziałam, że znalazłam to, czego szukałam. Natychmiast zmieniłam dietę i zrozumiałam, że jedzenie jest lekarstwem! Zredukowałam ilość cukru (chociaż zbaczam z tej drogi od czasu do czasu), wyeliminowałam nabiał i mięso, i poczułam się jak nowonarodzona!

Mam dwójkę małych dzieci i męża, którzy stosują tę samą dietę. Zaskoczeniem dla mnie było to, że mój mąż naprawdę ją uwielbia! Kiedy poznaliśmy się, był  wytrawnym kucharzem… (…) Nie przypuszczałam, że kiedykolwiek potrafiłby zrezygnować z mięsa, a jednak zrezygnował, i nawet otrzymał świetną stawkę ubezpieczeniową, bo jego badania krwi były doskonałe. Poziom cholesterolu i ciśnienie także były niskie! Dowody są niezbite i nigdy nie moglibyśmy już odżywiać się tak, jak kiedyś, i wcale nie chcemy!

Wegańskie jedzenie jest najsmaczniejsze. Stworzyłam własnego bloga, na którym dzielę się naszymi pomysłami i przepisami, bo chcę pokazać ludziom, jak łatwo jest zdrowo się odżywiać i mieć dobre samopoczucie.

Zaledwie po kilku miesiącach na „Życzliwej Diecie” straciłam nieustępliwą nadwagę, poczułam się świetnie i zostałam zainspirowana. Nie trzeba było wydzielać sobie żadnych porcji! Jadłam, ile tylko chciałam, i schudłam na tyle, żeby założyć moje obcisłe dżinsy!

W przyszłości mam zamiar dalej stosować wegańską dietę, uprawiać regularnie ćwiczenia (jak jogę i chodzenie) i reklamować ten styl życia. Chcę, żeby wszyscy dowiedzieli się, jak wspaniała jest „Życzliwa Dieta”! Podoba mi się książka Alicii, bo nie jest nachalna ani przytłaczająca. Jest prosta, informująca, i, och, jakże życzliwa. Alicia przekazała mi, że ta dieta nie jest dla radykałów, ale dla każdego, kto chce poczuć się dobrze i czynić dobro. Dziękuję za to delikatne popchnięcie we właściwym kierunku i za zmianę mojego świata!”

 

Link

05:24, iveggy , Moja wegańska historia
Link
Wybierz Weganizm Wybierz Weganizm Wybierz Weganizm